fot. Twitter / Johan Museeuw

W kwietniu 2002 niebiosa nad północną Francją się otworzyły i kroplami deszczu zrosiły mityczne pavé, na którym rozgrywany jest wyścig Paryż-Roubaix. Woda spadająca z góry nie ugasiła jednak piekielnego ognia. Wręcz przeciwnie, tylko podgrzała atmosferę. Dziś kolarze jadący w „Piekle Północy” będą mogli przeżyć to samo, co 19 lat temu Johan Museeuw i spółka.

Przez cały tydzień poprzedzający Paryż-Roubaix 2002, kolarze zamierzający wystartować w „Piekle Północy” przygotowywali się do tego wyścigu w słońcu i suchych warunkach. Pogoda dopisywała i tak samo było przed startem niedzielnego wyścigu – nic nie zwiastowało tego, co miało nadejść w kolejnych kilku godzinach. Przed południem z Compiegne ruszył liczny peleton, pełen największych gwiazd światowego kolarstwa – jechali w nim między innymi Andrea Tafi, Servais Knaven, Peter Van Petegem, George Hincapie czy Johan Museeuw. Broniący barw Domo – Farm Frites „Lew z Flandrii” przed startem wyścigu był niezwykle skupiony – dokładnie sprawdzał czy jego rower jest odpowiednio przygotowany do „Piekła Północy”, a gdy okazało się, że wszystko jest w porządku, odizolowany siedział w samochodzie ekipy.

Ze względu na mocny wiatr, od peletonu zdołała oderwać się mocna, 33-osobowa ucieczka, w której znalazło się wielu bardzo dobrych zawodników – jechali w niej chociażby Nico Mattan, Robert Hunter, Enrico Cassani, a także Tom Boonen. Dla 21-latka był to pierwszy sezon w karierze i tym samym debiutancki start w „Piekle Północy”. W przeszłości ścigał się w tym wyścigu w kategoriach młodzieżowych, a we wcześniejszych klasykach, jak Omloop Het Nieuwsblad, Kuurne-Bruksela-Kuurne czy Gandawa-Wevelgem meldował się w czołowej dziesiątce. Nikt jednak nie zakładał, że ten młody Belg będzie w stanie powalczyć o wysokie lokaty w wyścigu po mitycznym pavé. Tym bardziej, że jego drużynowym kolegą był doświadczony George Hincapie, który kilka razy finiszował w czołowej dziesiątce w Paryż-Roubaix, choć jeszcze nigdy na podium. Amerykanin miał za sobą bardzo dobre Ronde van Vlaanderen i Gandawa-Wevelgem i miał nadzieję, że w 2002 roku w końcu uda mu się zwyciężyć w „Piekle Północy”.

Było to widać po pracy jego drużyny, która, mimo tego, że z przodu miała Toma Boonena, cały czas kontrolowała odjazd. Uciekinierzy nie zdołali wypracować sobie przewagi większej niż 5 minut, a dodatkowo, dzięki jeździe na czele peletonu, kolarze US Postal Service unikali kraks, które – jak to w Paryż-Roubaix – zdarzały się bardzo często. Upadków, zarówno w peletonie, jak i w ucieczce, było coraz więcej, gdy z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, przez które sucha przez długi czas kostka stała się bardzo śliska.

Nie było ulewy, ale deszcz i chłód znacznie utrudniały rywalizację – oprócz braku jakiejkolwiek przyczepności na bruku, na sektorach tworzyło się błoto, przez które dochodziło do kolejnych kraks. Jak to w Paryż-Roubaix bywa – wielu kolarzy łapało gumy, w tym Johan Museeuw, który na około 115 kilometrów do mety, niedługo przed Lasem Arenberg, musiał zmienić koło. Doświadczony Belg nie spanikował i przy pomocy samochodów i kolegów z ekipy szybko wrócił do peletonu, a następnie przesunął się na jego czoło.

Wiedział, że w na bruk w Lesie Arenberg musi wjechać w czubie grupy i tak też zrobił. W drugiej części sektora zdecydował się na atak – za nim podążyć zdołało tylko kilku zawodników, w tym George Hincapie, Servais Knaven, Lars Michelsen i Steffen Wesemann. Grupka faworytów z kilometra na kilometr wchłaniała kolejnych kolarzy, którzy odpadli od ucieczki. Na czele wyścigu zostało już tylko kilku zawodników – między innymi Nico Mattan, Tom Boonen, a także dwóch pomocników Museeuwa, Max van Heeswijk i Enrico Cassani.

Ucieczka i grupka pościgowa zjechała się na Mons-en-Pévèle – czołówkę tworzyło wtedy kilkunastu zawodników, mieszanina liderów i kolarzy, którzy od startu jechali w ucieczce.

Ostatni ryk lwa

Taki stan rzeczy nie utrzymał się jednak długo. Na 45 kilometrów przed metą, na stosunkowo krótkim sektorze bruku – Mérignies – na atak zdecydował się Johan Museeuw. „Lew z Flandrii” błyskawicznie zdołał zgubić rywali – wypracował sobie około 30-sekundową przewagę, która przez długi czas nie ulegała zmianom. Na około 30 kilometrów do mety, na śliskiej sekwencji zakrętów w grupie pościgowej doszło do kraksy, która pozbawiła niektórych zawodników marzeń o wjechaniu na mityczny welodrom w Roubaix jako pierwsi.

W drugiej grupce, jadącej za Museeuwem, zostało już tylko dwóch kolarzy US Postal Service – George Hincapie, który liczył, że w końcu uda się mu przełamać i zajmie miejsce na podium, a także debiutujący Tom Boonen, który od startu kręcił w ucieczce. Młody Belg całkowicie poświęcił się dla swojego lidera i dawał z siebie wszystko, by zminimalizować jego stratę do Museeuwa. Jak się jednak okazało, pomocnik był mocniejszy od lidera…

Było to widoczne, gdy na jednym z sektorów brukowych Boonen zaczął nadrabiać nad Amerykaninem. Belg w porę się jednak zorientował i poczekał na Amerykanina. Choć kolarze US Postal Service dawali z siebie wszystko, niezmordowany Johan Museeuw wciąż się od nich oddalał. Na wymagającym sektorze Camphin-en-Pévèle, całym pokrytym w błocie, część drogi zablokował samochód organizatorów, co spowolniło Boonena i Hincapie’ego. Chwilę później Amerykanin stracił równowagę i wpadł do rowu, całkowicie tracąc szansę na zwycięstwo. Jak sam mówił, był tak zmęczony, że nie chciał ponownie wsiadać na rower. Powoli wygrzebał się jednak z rowu, ponieważ cały czas śledziła go kamera telewizyjna.

W tamtym momencie było już prawie pewne, że Johan Museeuw sięgnie po trzeci triumf w Paryż-Roubaix w karierze. Ponad dwie minuty za nim jechał zmęczony Tom Boonen, do którego dołączył jeżdżący w Team Telekom Steffen Wesemann. Dwójka zgodnie współpracowała, ale nie udało jej się zbliżyć do prowadzącego „Lwa z Flandrii”. Johan Museeuw samotnie przeciął linię mety, odnosząc swoje trzecie zwycięstwo w „Piekle Północy”. Choć nie zakończył on kariery po tamtym sezonie, jak początkowo planował, nie udało mu się już odnieść triumfu w tak prestiżowym wyścigu.

Na drugiej lokacie finiszował rozczarowany Wesemann, który na finiszu rozprawił się z Boonenem – przyszłą legendą północnych klasyków. Już wtedy było wiadome, że ten młodziak jest wyjątkowy. Do dziś jest ostatnim debiutantem, który zdołał stanąć na podium „Piekła Północy”. Również do dziś żaden z kolarzy nie miał tak dużej przewagi nad drugim zawodnikiem, co Johan Museeuw (+3:04).

Paryż-Roubaix 2002 było prawdziwym piekłem, które ukończyło zaledwie 41 zawodników.

Powtórka z rozrywki

Po 19 latach oczekiwania i modlenia się o deszczowe Paryż-Roubaix, kibice w końcu dostali to, co chcieli. Warunki na północy Francji nie są dziś najkorzystniejsze – na wielu sektorach utworzyły się kałuże oraz błoto. Będzie to wyścig niezwykły – nie tylko dla kibiców, ale także dla kolarzy, dla których będzie to pierwsze takie doświadczenie w karierze. – Każdego roku liczę na błotniste Roubaix. Ludzie kochają, gdy jest ślisko. Kochają kraksy i spektakl na drogach w Roubaix – mówił cytowany przez Rouleur Johan Museeuw, zwycięzca ostatniego, mokrego Paryż-Roubaix.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments