fot. Jan Piątkiewicz / bikeshow.cc

Coraz bliżej jedenastego etapu Tour de France, podczas którego kolarze po raz pierwszy w historii dwa razy zmierzą się z jednym najbardziej legendarnych i zarazem najtrudniejszych podjazdów na świecie – Mont Ventoux, położonym w malowniczej Prowansji. W związku z tym postanowiliśmy spojrzeć na „Giganta Prowansji” oczami zawodowca i amatora – Sylwestra Szmyda i Jana Piątkiewicza. Jeden odniósł tam etapowe zwycięstwo w wyścigu Dauphiné, a drugi podjechał go na rowerze dosłownie kilkanaście dni przed tegoroczną edycją Wielkiej Pętli.  

Mont Ventoux oczami zawodowca – Sylwester Szmyd

Podjazd Mont Ventoux w jakimś sensie zdefiniował karierę Sylwestra Szmyda. Był znakomitym pomocnikiem najlepszych kolarzy na świecie i cieszył się wielkim szacunkiem w peletonie, ale to zwycięstwo na „Gigancie Prowansji” w wyścigu Dauphiné w 2009 roku jest wisienką na torcie jego kariery. Każdy polski kibic pamięta, jak Szmyd wspinał się razem z Alejandro Valverde, który sięgnął po klasyfikację generalną i według kolarskiej zasady „ty bierzesz etap, ja generalkę” oddał zwycięstwo ówczesnemu reprezentantowi Liquigasu. Obecny trener i dyrektor sportowy w drużynie BORA-hansgrohe wjechał też drugi na Mont Ventoux – również w „Delfinacie”, tylko dwa lata wcześniej. Wówczas na czwartym etapie lepszy od Polaka był tylko Francuz Christophe Moreau.  

fot. bettiniphoto

Dyrektor wyścigu Tour de France Christian Prudhomme i projektant trasy Thierry Gouvenou zdecydowali, aby w tegorocznej edycji Mont Ventoux znalazł się na trasie jedenastego etapu dwa razy, co będzie precedensem. Po raz pierwszy kolarze będą podjeżdżali go od strony Sault (łatwiejszej), a później od tej tradycyjnej albo – jak twierdzą niektórzy – jedynej właściwej, czyli od miasteczka Bédoin. Metę zaplanowano jednak po zjeździe, co nie do końca podoba się Szmydowi. 

– Mam nadzieję, że fakt, iż nie ma mety na podjeździe sprawi, że będzie ciekawiej. Chociaż szkoda, że organizatorzy nie zaplanowali zakończenia etapu na szczycie Mont Ventoux. Myślę, że w ten sposób jeszcze bardziej oddaliby hołd tej górze – tak bardzo przecież rozsławionej przez Tour de France i legendarnej dla tego wyścigu. Zauważ, że jest w ostatnich latach taka tendencja, by robić mety po zjeździe. W tegorocznym Tour de France dwa wspaniałe górskie etapy z Mont Ventoux oraz ten, który zakończy się w Andorze, kończą się po zjeździe

– mówi Sylwester Szmyd i dodaje, że najważniejszy będzie ten drugi podjazd: 

– Są takie podjazdy, które są prawdziwymi tylko wtedy, gdy podjeżdża się je od tej, jednej właściwej strony. W przypadku Mont Ventoux jest to wspinaczka od strony Bédoin. Jeśli powiesz, że wjechałaś na „Giganta Prowansji”, ale od tej drugiej strony, to tak naprawdę w ogóle na niego nie wjechałaś. Byłaś tam, ale nie pokonałaś tego podjazdu

– śmieje się „Sylwas”. 

Czasy, w których były znakomity polski góral rywalizował na Mont Ventoux oraz innych francuskich, włoskich czy hiszpańskich przełęczach już minęły. Teraz Szmyd trenuje zawodników i od czasu do czasu pełni funkcję dyrektora sportowego. Wobec tego zapytaliśmy go, co powiedziałby swojemu podopiecznemu, któremu przyszłoby zmierzyć się z „Gigantem Prowansji” na wyścigu. 

– Ten podjazd trudno jest zinterpretować. Wyjeżdżasz z lasu i robi się jakby łatwiej. Widzisz już szczyt, ale jednak wciąż zostaje ci pół godziny podjazdu… W dodatku droga jest szeroka (nie jak wcześniej w lesie), więc wydaje ci się, że jest łatwo. Miejscami trochę popuszcza, ale generalnie wszystko zależy od wiatru. Pamiętam jak lata temu jechałem z Moreau i ostatecznie byłem drugi to wrzuciłem nawet dużą płytę. Ostatnie kilometry to jest niekończąca się opowieść. Na Mont Ventoux bardzo łatwo jest o kryzys – zwłaszcza w wietrznych i upalnych warunkach. Na ostatnich dwóch-trzech kilometrach szybko można stracić kilkadziesiąt sekund, a przez to, że jest jeszcze zjazd, to na mecie może to być ponad minuta

– analizuje Szmyd. 

Zapytaliśmy także Sylwestra Szmyda, czy podczas któregoś ze swoich podjazdów w roli zawodowego kolarza widział stojący na poboczu słynny pomnik Toma Simpsona, brytyjskiego kolarza, który zmarł na Mont Ventoux podczas Tour de France 1967. Jak wykazała przeprowadzona później sekcja zwłok, Simpson był pod wpływem koktajlu amfetaminowo-alkoholowego. 

– Nie widziałem (śmiech). Ktoś mi kiedyś powiedział, że znajduje się już w tej „łysej” części podjazdu. Kolarz ścigający się tam nie dostrzega takich rzeczy. 

 Mont Ventoux oczami amatora – Jan Piątkiewicz (bikeshow.cc)

„Giganta Prowansji” chętnie wykorzystują projektanci tras kolarskich wyścigów – zarówno tych zawodowych, jak i amatorskich, ale sam podjazd jest także miejscem pielgrzymek wielu osób, które po prostu jeżdżą na rowerze i chcą skonfrontować swoje możliwości z tą górą. Ci, w przeciwieństwie do Szmyda, mogą najzwyczajniej zejść z roweru i sfotografować pomnik Simpsona.

Taką okazję miał ostatnio Jan Piątkiewicz z kanału YouTube bikeshow.cc. Jednym z jego twórców jest notabene kolarz drużyny Lotto-Soudal Tomasz Marczyński, który od czasu do czasu pojawia się w materiałach video. Ideą przewodnią bikeshow prowadzonego przez Piątkiewicza jest pokazywanie kolarstwa z punktu widzenia pasjonatów, którzy – owszem – podróżują po najbardziej znanych europejskich przełęczach, ale potrafią także czerpać radość ze zwykłej rundy wokół Krakowa czy w innym miejscu w Polsce.

Piątkiewicz przyznaje, że zaliczenie Mont Ventoux znajdowało się na jego liście kolarskich życzeń, choć nie wyznaczał sobie sztywnego terminu, w którym chciałby to zrobić. Splot przypadkowych wydarzeń sprawił, że znalazł się tam pod koniec czerwca tego roku, a zatem tuż przed historycznym etapem Tour de France. 

– Nie ukrywam, że zarówno w pracy, jak i w życiu ”odczarowałem” już sporo legendarnych podjazdów i wiem, że czasem to, co zastajemy na miejscu, nieco odbiega od naszych oczekiwań budowanych na bazie wielkich kolarskich pojedynków i relacji z wyścigów, takich jak chociażby Tour de France. Mont Ventoux jest moim zdaniem górą szczególnie mocno zmitologizowaną, zarówno ze względu na swój wygląd, położenie, jak i kolarską historię

– uważa Piątkiewicz. 

Prowadzący kanał bikeshow przejeżdża tysiące kilometrów rocznie, spędzając na rowerze niemal cały rok. Dysponuje więc dobrą formą, która umożliwia mu swobodne pokonywanie znanych kolarskich tras, a nawet mówienie do kamery na podjazdach. W związku z tym jego wrażenia ze wspinaczki na Mont Ventoux z pewnością przydadzą się innym amatorom (albo turystom) planującym tam pojechać.  

– Jeśli chodzi o sam podjazd, to tutaj bardzo dużo zależy od tego, gdzie jeździliśmy wcześniej i jaka jest pogoda. Dla kogoś, kto wcześniej jeździł chociażby po alpejskich przełęczach, to mimo 21 [oficjalna długość podjazdu podawana przez organizatorów to 15,7 km, ale teren wchodzi w nogi już wcześniej] kilometrów podjazdu nie jest to góra szczególnie trudna. Dość wymagający jest monotonny fragment w lesie, później podjazd się wypłaszcza i bardziej stroma robi się końcówka. Jednak sytuacja radykalnie się zmienia, kiedy w grę zaczyna wchodzić legendarny na „Gigancie Prowansji” wiatr. Góra jest bardzo mocno wyeksponowana, ponieważ z jednej strony góruje nad równinami, więc kiedy zawieje, to trudno utrzymać się na rowerze. W naszym przypadku pogoda była doskonała – około 30 stopni Celsjusza, lekki wiatr, pusta droga. Moim zdaniem ta góra ma bardzo dużo wspólnego chociażby z Monte Grappa, ale jest mniej stroma i mniej “alpejska” – wspólny jest przede wszystkim charakter wielkiej góry w sercu niczego. Jeśli podjazd pod Stelvio to dla kogoś w kolarskiej skali trudności 10/10, to Mont Ventoux przy dobrej pogodzie jest mocną 6. Podjazd krótszy, łagodniejszy, mniej męczący psychicznie, brak nużących patelni i trawersów. Świetna góra do zaliczenia jako pierwsze duże wyzwanie w kategorii wielkich kolarskich legend

– wyjaśnia Piątkiewicz. 

Pomimo że Mont Ventoux nie jest zdaniem Piątkiewicza aż tak bardzo wymagającym podjazdem pod względem fizycznym, to warto odwiedzić to miejsce ze względu na panującą atmosferę. Jednocześnie potwierdził słowa Szmyda dotyczące tego, że trzeba zacząć wspinaczkę w Bédoin. 

– Rzadko zdarzają się miejsca tak bardzo naznaczone kolarstwem jak Mont Ventoux i to faktycznie czuć wszędzie. Większość osób zalicza podjazd od strony miejscowości Bédoin – to najbardziej klasyczny, najdłuższy wariant. Gorąco polecam tę opcję – samo Bédoin to kolarska mekka, ta miejscowość żyje rowerami. Pełno kawiarenek z kolarskimi motywami, sklepy rowerowe, pełno kolarzy na parkingach. To miejsce żyje Mont Ventoux. Moment opuszczania radosnego kolarskiego Bédoin i wjeżdżania na początek podjazdu ma w sobie coś mistycznego, niczym przekraczanie progu kolarskiej świątyni. Za rogatkami tego miasteczka komercyjny świat zostaje w tyle, zostajesz tylko ty i góra, która zawsze jest gdzieś nad tobą, widzisz jej surowy, obnażony z drzew szczyt przez bardzo dużą część podjazdu. Skłania do refleksji. 

fot. archiwum Jana Piątkiewicza

Mont Ventoux w Tour de France 2021

Kolarze zmierzą się z dwoma podjazdami na Mont Ventoux w środę 7 lipca, czyli na jedenastym etapie. Cały odcinek będzie liczył 198,9 km – kolarze wystartują z Sorgues i będą finiszować w Malaucène. Według oficjalnych danych organizatora pierwszy podjazd od Sault będzie liczył 22 km, a średnie nachylenie to 5,1%. Druga wspinaczka z początkiem w Bédoin to 15,7 km o średnim gradiencie 8,8%.

guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
ŁUKASZ
ŁUKASZ

Oczywiście… jeżeli ktoś podjeżdża segment 20-to kilometrowy godzinę dłużej niż wynosi rekord to takie wyzwanie z zasady nie będzie trudne… W tej zabawie nigdy nie chodzi o profil podjazdu a o tempo w jakim jest pokonany. Troszkę pokory…

Marek
Marek

Cz ten amator zrobił ten podjazd jako element blisko 200 km trasy?…i bez postojów? Bo jeśli było inaczej to jest to żadna opinia…

Marek
Marek

Mety na zjazdach to nic innego jak życzenie kraks i kontuzji zawodnikom.

Krzysiek
Krzysiek

Jakiej pokory i jakie tempo. Czytajcie ze zrozumieniem – gość jeżdżący amatorsko dużo po różnych dużych górach porównuje po prostu Mont Ventoux do innych znanych podjazdów. Z perspektywy amatora – co ma tempo do rzeczy. Tempa zawodowców nie utrzymacie nawet na lokalnej hopce i nie powiecie przez to, że górka jest trudna. Są góry łatwiejsze do podjechania i trudniejsze, Ventoux bez wiatru faktycznie nie jest jakieś wybitnie trudne – w miarę jeżdżący amator podjedzie tu bez problemu. Są podjazdy które niezależnie od tempa nie dadzą się początkującemu wyjechać na raz.