Fot. Jumbo-Visma

Wczoraj Dylan Groenewegen mógł zafiniszować po raz pierwszy po dziewięciomiesięcznej przerwie. Zrobił to w całkiem niezłym stylu.

Holender, którego pierwotnie po raz pierwszy mieliśmy zobaczyć na szosach dopiero podczas Tour de Hongrie, jeszcze przed startem Giro d’Italia nie był pewien, czy uda mu się na nowo odnaleźć w peletonie. Wczoraj okazało się, że poradził sobie z tym doskonale – zajął 4. miejsce, przegrywając jedynie z Timem Merlierem, Giacomo Nizzolo i Elią Vivianim.

Ciężko, żebym nie był zadowolony z takiego występu, po dziewięciomiesięcznej dyskwalifikacji. Mimo wszystko… czuję pewne rozczarowanie. Jestem zwycięzcą i zawsze chcę więcej. No ale, jak już mówiłem, czwarte miejsce też jest w porządku. Czuję, że mam dobre nogi, więc już teraz myślę o kolejnym sprincie

– mówił wczoraj, chwilę po swoim starcie.

Wynik Holendra jest zasługą także jego ekipy. W końcówce mógł on liczyć przede wszystkim na świetnie dysponowanego Edoardo Affiniego (2. na sobotniej czasówce) oraz Davida Dekkera, o którym jeszcze przed wyścigiem mówiło się, że sam może powalczyć na finiszach.

Zespół spisał się bardzo dobrze. To był mój pierwszy start z Dekkerem i Affinim. Musimy się jeszcze zgrać, ale już teraz było nieźle. Ja sam natomiast muszę jeszcze na nowo przyzwyczaić się do jazdy w peletonie – dziś jeszcze za bardzo się wahałem. Ale to wszystko przyjdzie, gdy odzyskam wiarę w siebie

– dodawał.

Czy na kolejnych etapach Holender podtrzyma dobrą passę? A może, nawet pomimo wymagającej, jak na sprinterskie standardy trasy, po swoje pierwsze zwycięstwo w tym sezonie sięgnie już dziś? Odpowiedzi na te pytania możemy spodziewać się już niebawem.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments