fot. Team Sky

Chris Froome i ekipa Sky – dla kolarstwa historia równie piękna, jak ta Leo Messiego i FC Barcelony. Przez wiele lat mogliśmy z przyjemnością, większą lub mniejszą, oglądać znakomitego Brytyjczyka w barwach rodzimego zespołu, który razem z nim zdołał wejść na kolarski szczyt, dominując rywalizację przez wiele lat. W niedzielę, po 11 sezonach, historia dobiegła końca. 

Początki

Co by nie mówić, cała życie Chrisa Froome’a to materiał na naprawdę interesujący dokument. “Kenijskie” narodziny i wczesna jazda w barwach tego kraju to coś, o czym niewielu kibiców pamięta, podobnie jak o jego występach w ekipie Barloworld. Już wtedy w jeździe Brytyjczyka było jednak widać zalążki wielkiego talentu. W końcu bardzo wysokie miejsca na etapach Giro d’Italia czy Tour Mediterraneen zakończone podjazdami w Bologni i na Mont Faron to nie wyniki przypadkowe.

Mimo to, kiedy w 2010 roku do życia została powołana ekipa Sky, angaż Froome’a wcale nie był uznawany za specjalnie istotny transfer. Wręcz przeciwnie – jedna z największych gwiazd peletonu ostatniej dekady była raczej traktowana podobnie jak Kamil Gradek czy Paweł Bernas w ekipie CCC – jako zawodnik krajowy, uzupełniający skład. Jakże się wtedy myliliśmy.

Nie da się ukryć, że pierwszy rok Froomeya w nowym teamie także nie wyprowadzał nikogo z błędu. Choć w jeździe indywidualnej na czas progres 25-letniego wówczas zawodnika był dość widoczny, o tyle poza kilkoma ucieczkami ciężko było znaleźć w jego jeździe jakiekolwiek pozytywy. Podobnie z resztą wyglądał prawie cały sezon 2011. Prawie, bo właśnie wtedy gwiazda Chrisa Froome’a zaczynała świecić pełnym blaskiem.

Przebłyski geniuszu

Hiszpańska Vuelta w 2011 roku była wręcz znakomitym momentem do rozpoczęcia wielkiej kariery w najważniejszych wyścigach etapowych na świecie. Po pierwsze, nasz dzisiejszy bohater nie jechał na wyścig w roli lidera. Zdecydowanie największą gwiazdą ekipy Sky był bowiem Bradley Wiggins, który marzył o wielkich triumfach i co by nie mówić, był zdecydowanie najlepszym Brytyjczykiem w stawce (nie licząc Marka Cavendisha, który jednak nie był nawet blisko walki o wysokie miejsca w generalkach). Po drugie, obsada hiszpańskiego wyścigu nie powalała na kolana. Poza Vincenzo Nibalim, w walce liczyli się coraz starszy Denis Menchov, wchodzący do wielkiego ścigania Bauke Mollema, Maxime Monfort i Juan Jose Cobo, znakomity przykład kolarza celującego w jeden wyścig w sezonie (podobnie jak wcześniej Ezequiel Mozquera). Pole do popisu było więc wielkie.

Jadący jako Gregario Froome miał więc jedno zadanie – doprowadzić Wiggo na czele klasyfikacji generalnej do samego Madrytu. Można powiedzieć, że wszystko szło po myśli ekipy Sky aż do pamiętnego etapu na Alto de d’Angliru. Gdyby nie “team orders”, Froomey z pewnością byłby w stanie sięgnąć po czerwoną koszulkę już tam. Niestety zbyt długa jazda z Wigginsem pozbawiła go tej możliwości. Później, w trzecim tygodniu, szans na walkę już praktycznie nie było. Skończyło się na 13 sekundach straty do zdyskwalifikowanego później Cobo i wielu nieprzychylnych komentarzach ze strony kibiców.

Wystrzał Froome’a w Hiszpanii bardzo szybko spotkał się bowiem z typowymi dla kolarstwa zarzutami odnośnie dopingu, które z czterokrotnym zwycięzcą Tour de France pozostają do dziś.

W sezon 2012 nasz dzisiejszy bohater wchodził już jako gwiazda. Gwiazda, która wciąż musiała pamiętać o swoim miejscu w szeregu, co zdecydowanie najbardziej uderzyło kibiców na całym świecie podczas Tour de France. To właśnie na Wielkiej Pętli, wygranej przez Brada Wigginsa, Froome udowodnił, że jest już jednym z najlepszych specjalistów od jazdy w górach. Odczuł to też sam Sir Bradley, który najpierw musiał gonić swojego kolegę w La Toussuire, by później patrzeć na jego ekspresyjne ruchy rękoma na podjeździe do Peyragudes. Należy jednak pamiętać, że wyścig ten był jednym ze “słabiej obsadzonych” w ostatnich latach. W czołówce znaleźli się bowiem Tejay Van Garderen, niezmordowany Haimar Zubeldia czy… Janez Brajkovic.

Pierwszym wyścigiem Froome’a w roli lidera ekipy Sky była startująca kilka tygodni później Vuelta a Espana. Vuelta, którą zapamiętaliśmy przede wszystkim ze względu na legendarny atak Alberto Contadora na etapie do Fuente De. Froomey w całym wyścigu był czwarty, ugruntowując swoją pozycję w peletonie. Wtedy też stało się jasne, że już za rok dostanie on swoją szansę w Wiekiej Pętli.

Dominacja

Czas na opinię, z którą nie wszyscy z Państwa muszą się zgodzić. Sezon 2013 był zdecydowanie najważniejszym w karierze wielkiego Brytyjczyka. To właśnie wtedy bowiem udało mu się po raz pierwszy zdominować kolarski świat, który po kilku niezwykle interesujących latach, cierpiał na brak samodzielnego króla.

To, co zdecydowanie najbardziej imponujące, to Tour de France nowy lider ekipy Sky nie spadł z podium ani jednego (!) wyścigu etapowego. Brytyjczyk okazał się najlepszy w Tour of Oman, Criterium International oraz Tour de Romandie, zajmując drugą lokatę jedynie w Tirreno – Adriatico.

Setna edycja Wielkiej Pętli była prawdziwym popisem urodzonego w 1985 roku zawodnika. Od początku, do samego końca imprezy Froome miał absolutnie wszystko pod kontrolą. Zagrozić mu nie był w stanie ani Alberto Contador, ani Joaquim Rodriguez, ani wchodzący do czołówki Nairo Quintana. Jazda Kolumbijczyka była jednak na tyle piękna, że z urzędu stał się on jednym z głównych kandydatów do zdetronizowania Brytyjczyka, co miało nadejść już w najbliższej przyszłości.

Jak się miało później okazać, 2014 rok był pierwszym z pechowych w karierze czterokrotnego zwycięzcy TdF. Mimo znakomitej formy, lider Team Sky musiał wycofać się z Wielkiej Pętli jeszcze zanim się na dobre rozpoczęła. Na etapie do Arenbergu, jeszcze przed wjazdem na bruki, Brytyjczyk zanotował upadek, który pozbawił go szans na zwycięstwo. Wtedy też dużo więcej zaczęło się mówić o mankamentach w jeździe Froome’a. Jego problemem była bowiem jazda w grupie oraz zjazdy, na których było go względnie łatwo zgubić. Patrząc na jego kolejne starty, warto o tym pamiętać.

Później przyszła jeszcze hiszpańska Vuelta, gdzie lepszy okazał się jednak drugi z wielkich mistrzów – Alberto Contador, który także wycofał się z Wielkiej Pętli (co dało szansę Rafałowi Majce na wygranie dwóch pamiętnych etapów do Risoul i Plat d’Adet).

Skoro już mówimy o dwóch największych czempionach ostatnich lat, warto wspomnieć jeszcze o wyścigu Criterium du Dauphine. Na podjeździe pod Col du Beal, obaj Panowie zgotowali nam bowiem wybitne widowisko, jakich w obecnych czasach mamy zdecydowany niedobór.

Jakkolwiek to zabrzmi, kolejne lata dominacji Froomeya można spisać w jednym akapicie. Wszyscy bowiem doskonale pamiętamy, jak Wielkie Pętle wyglądały w sezonach 2015 i 2016. Wówczas zdecydowanie największym problemem Brytyjczyka nie była jego własna forma, a fakt, że w peletonie zabrakło odpowiednich dla niego przeciwników. Były to bowiem czasy, kiedy z liderem ekipy Sky walczyć próbowali wspomniany już Nairo Quintana, Romain Bardet, Adam Yates czy Richie Porte.

Mówiąc o 2016 roku nie można jednak zapomnieć o jednym z najbardziej dziwnych obrazków w historii Tour de France, który jednocześnie pokazał, jak trzeźwo myślącym i skupionym na swoim celu zawodnikiem jest Chris Froome. Mowa oczywiście o etapie kończącym się na Mont Ventoux, na którym faworyci zapoznali się z asfaltem. Co działo się później, pamięta chyba każdy.

Nie był to jednak jedyny “występek” Froomeya w tamtym wyścigu. Na etapie do Bagneres-de-Luchon, lider Team Sky postanowił wykorzystać umiejętność, nad którą długo pracował. Mowa oczywiście o zjazdach. Dojść nieoczekiwanie, kiedy droga zaczęła prowadzić w dół, Brytyjczyk zaatakował, zyskując pierwsze cenne sekundy.

Co w tamtym momencie było niezwykle istotne, Brytyjczyk nie porzucił wciąż marzeń o wygraniu obu pozostałych Wielkich Tourów. W roku olimpijskim dane mu było podjąć kolejną próbę wygrania hiszpańskiej Vuelty. Tym razem jednak lepszy okazał się Nairo Quintana, dla którego też była to ostatnia wygrana wielka etapówka. Przynajmniej do dziś.

Opus Magnum

Mimo wielkiej dominacji w Tour de France, Froome’owi do najwybitniejszych kolarzy w historii wciąż brakowało “tego czegoś”. Tacy zawodnicy jak Merckx, Hinault czy Indurain mieli bowiem jedną cechę wspólną – absolutnie niszczyli rywali w każdym z najważniejszych wyścigów w kalendarzu. Do sezonu 2017, 32-letni wówczas zawodnik pozostawał jedynie “mistrzem Le Tour”, co oczywiście w kolarstwie znaczy bardzo dużo, lecz nie aż tyle, co choćby 9 wielkotourowych tytułów Alberto Contadora.

Zdobycie wielkiej korony chodziło po głowie naszemu dzisiejszemu bohaterowi przez lata. Zważając jednak na obecny układ sił, wygranie wszystkich wyścigów w tym samym sezonie jest więcej niż nierealne, tym bardziej, że głównym celem pozostawała Wielka Pętla, przez co walka o triumf w Giro d’Italia mocno komplikowała przygotowania. Nie ma jednak sytuacji, z której nie można wyjść.

Zgodnie z przewidywaniami, wyścig dookoła Francji w 2017 roku był w pełni kontrolowany przez ekipę Sky. Ani Fabio Aru, ani Romain Bardet, ani Rigoberto Uran nie byli w stanie choćby zbliżyć się do Froome’a, mimo że ten miewał też gorsze momenty. Wielka Pętla była jednak dopiero pierwszym z trzech etapów wielkiego planu.

Dużo ciekawiej zrobiło się miesiąc później, podczas wyścigu dookoła Hiszpanii. Zważając na listę startową, Froome był zdecydowanie największym faworytem do zwycięstwa, choć kończący karierę Alberto Contador, czy głodny triumfu Vincenzo Nibali nie mieli zamiaru odpuszczać. Ostatecznie to Brytyjczyk został zwycięzcą, lecz nie bez kontrowersji.

Całe hiszpańskie zamieszanie miało miejsce na etapach numer 17 i 18. Finałowy podjazd pod Los Machucos na odcinku 17 okazał się dla Froome’a za trudny, przez co stracił on całe 40 sekund do najgroźniejszych rywali, dając im nadzieję na zwycięstwo. Dzień później jednak lider ekipy Sky nieoczekiwanie zaatakował dając do zrozumienia, że będzie to jego impreza.

Niedługo po zakończeniu imprezy wyszło na jaw, że po Los Machucos Froome przekroczył dopuszczalną dawkę leków astmatycznych. To z kolei wywołało w kolarstwie niemałą burzę, która mogła ponownie zburzyć pozycję tego sportu aż do samych fundamentów. Jak wszyscy doskonale pamiętamy, sprawa dopingowa przeciwko dzisiejszemu bohaterowi ciągnęła się w nieskończoność.

Przez ponad pół roku całe kolarskie środowisko zastanawiało się, czy wielka gwiazda peletonu zostanie zawieszona oraz czy przed ostateczną decyzją organów dopingowych powinna ona pojawiać się na kolarskich trasach. Jak doskonale wiemy, Froomey postanowił dalej startować, mając na celowniku jeden cel – Giro d’Italia 2018.

Jak się dość szybko okazało, La Corsa Rosa była prawdziwym popisem Simona Yatesa, który parł po zwycięstwo w całym wyścigu niczym taran, niszcząc rywali na każdym z trudniejszych etapów. Wydawało się, że po 18 odcinkach ścigania, jedynym rywalem lidera Mitchelton – Scott będzie Tom Dumoulin. Dzień później, na Colle dell Finestre, sytuacja przewróciła się jednak do góry nogami.

Czy akcja Chrisa Froome’a na Finestre była jedną z najpiękniejszych w historii kolarstwa? Absolutnie tak. To, co lider ekipy Sky zrobił na odcinku 80 kilometrów do dziś robi niezwykłe wrażenie. Bez wątpienia była to jedna z najbardziej efektownych solowych akcji, jakie przyszło nam zobaczyć w relacji telewizyjnej wysokiej jakości, tym bardziej, że ostatecznie dała ona Froomeyowi triumf w trzecim Wielkim Tourze w ciągu roku.

Niestety, do końca naszych dni, będziemy musieli liczyć się z tym, że tryptyk Froome’a niesie za sobą pewien ciężar dopingowy. Choć kilka tygodni po zakończeniu Giro Brytyjczyk został oczyszczony z zarzutów, nauczeni historią Lance’a Armstronga, jesteśmy niezwykle ostrożni. Przez to też do dziś ciężko spojrzeć na 18. etap La Corsa Rosa 2018 z najczystszym zachwytem.

Szkoda tym bardziej, że być może był to ostatni triumf Chrisa Froome’a w jego karierze.

Wyciszenie

Czy da się pojechać czwarty Wielki Tour z rzędu na wysokim poziomie? Oczywiście, że się da! Udowodnił to nasz dzisiejszy bohater, który w Tour de France 2018 zdołał jeszcze obronić miejsce na podium, choć niewiele zabrakło, by lepszy okazał się Primoz Roglic. Wtedy jednak swoje pięć minut miał już Geraint Thomas.

O dalszych podbojach Froome’a mówiło się już w 2019 roku, kiedy to w zespole Sky/Ineos zaczynało być naprawdę gęsto. Swoje ambicje miał bowiem wciąż Geraint Thomas, a coraz śmielej do czołówki pukał Egan Bernal. Mimo wielkich zwycięstw jeszcze rok i dwa lata wcześniej, Froome zaczynał być więc delikatnie spychany w cień. Wtedy też doszło do feralnego upadku na rekonesansie czasówki w Criterium du Dauphine, która zatrzymała karierę Brytyczyka.

W sezonie 2020, nasz dzisiejszy bohater walczył już zarówno o powrót do formy (który nadal się nie udał), ale także o pozycję w zespole. Plotki, o rozstaniu z zespołem, w barwach którego Froome osiągnął wszystkie największe sukcesy, pojawiały się już przed Tour de France. Wiele mówiło się wówczas o ewentualnym przejściu zawodnika do ekipy Israel Start-Up Nation jeszcze w sezonie 2020. Ostatecznie Brytyjczyk podpisał kontrakt od początku przyszłego roku, kiedy to przyjdzie mu pisać swoją historię na nowo.

Co przyniosą czasy jazdy Froome’a w nowym zespole? Trudno powiedzieć. Wydaje się jednak, że nie będzie to już to samo. W peletonie pojawiło się bowiem wielu wybitnych kolarzy, którzy nie dadzą Froome’owi długo dochodzić do formy. Wydaje się więc, że zdecydowanie trafione są porównania kariery Brytyjczyka do tej Michaela Jordana. Choć w kolarskim Chicago Bulls ’90 zabrakło ostatniego tańca, największa gwiazda zespołu prawdopodobnie będzie czuła się co najmniej dziwnie w izraelskim Washington Wizards.

Obyśmy się jednak mylili.