fot. Giro d'Italia

Szkoda majestatycznego Colle dell’Agnello, który jest bardzo ważnym punktem Giro d’Italia za każdym razem, kiedy się w nim pojawia – nawet kiedy nie jest najwyższym z nich. Francja jednak, z powodzeniem ukończywszy swój własny wielki tour, zamknęła swój sklepik przed nosem pozostałych dwóch imprez, pozostawiając nas z dużo łatwiejszą wersją przedostatniego odcinka La Corsa Rosa. Czy wystarczy on, by wykorzystać luki w pancerzach, które bezlitośnie obnażyła wspinaczka na Passo dello Stelvio?

Trzeba szanować Włochów za sklecenie racjonalnego planu B ze sporym wyprzedzeniem, bo nie jest to do końca ich styl, ale poczucie niedosytu pozostaje. Etap prowadzący do Sestriere przez Colle dell’Agnello i Col d’Izoard zapowiadał się bowiem jako najmocniejszy punkt programu w ostatnim tygodniu tegorocznego Giro i decydujące starcie faworytów do triumfu w klasyfikacji generalnej imprezy, podczas gdy zredukowanie przebiegu trasy do trzykrotnego podjazdu do znanej stacji narciarskiej każe nieco obniżyć oczekiwania. Pytanie jednak, jak bardzo?

Sobotnia wspinaczka na dobre rozpocznie się dopiero za półmetkiem liczącej 190 kilometrów trasy, a pierwszy podjazd dnia będzie jednocześnie najłatwiejszym, na dystansie 37,4 kilometra osiągając średnie nachylenie liczące zaledwie 3,8%. Nie jest to idealny układ dla zawodników zainteresowanych walką o etap z odjazdu dnia, tym bardziej, że wzniesienie to peleton najprawdopodobniej pokona w szalonym tempie.

Dwie pozostałe wspinaczki do Sestriere, które oddzieli jedynie krótki zjazd, to ten sam wariant o długości 6,4 kilometra i średnim nachyleniu 7,2%, z dwoma najtrudniejszymi sekcjami za półmetkiem. Czy wystarczy on do skutecznego zaatakowania tych liderów, których siły zostały nadwątlone podczas czwartkowego pojedynku na Stelvio?

Oto, co na temat 20. etapu 103. edycji Giro d’Italia napisaliśmy przed rozpoczęciem wyścigu (i do czego jeszcze bardziej niż zwykle nie należy się przywiązywać):

Etap 20, Alba – Sestriere, 198 km, wysokie góry

Czas na ostatni z górskich etapów, który jednocześnie też nie jest wcale pewniakiem do rozegrania. Organizatorzy zaplanowali bowiem 4 trudne góry, z których co najmniej jedna ma duże szanse na wypadnięcie z trasy. Mowa o Colle dell Agnello (23,6 km, 6,6%), gdzie także zrobiło się już zimowo. Później peleton na prześliznąć się przez francuskie Alpy, zahaczając o legendarne Col d’Izoard (13 km, 7,3%) oraz Col du Montgenevre (7,2 km, 6,5%). Ostatnim podjazdem w wyścigu będzie z kolei wspinaczka do Sestriere (11,3 km, 6,1%), gdzie dojdzie do (prawie) ostatecznych rozstrzygnięć.

Dzisiejszy etap być może nie jest tak trudny, jak oryginalnie planowali organizatorzy wyścigu, ale nie zmienia to faktu, że w połączeniu z jutrzejszą jazdą indywidualną na czas zadecyduje o ostatecznym kształcie klasyfikacji generalnej 103. edycji Giro d’Italia.

Spodziewamy się, że dziś na trasie kolejny raz zobaczyć możemy kruchy sojusz pomiędzy Tao Geogheganem Hartem (INEOS Grenadiers) i Jaiem Hindleyem (Sunweb), ponieważ ten pierwszy będzie żywo zainteresowany zyskaniem przewagi nad słabnącym w ostatnim tygodniu rozgrywania wyścigu Wilco Keldermanem (Sunweb) przed jazdą indywidualną na czas, podczas gdy ten drugi walkę w imię własnym ambicji usprawiedliwić może decyzjami o charakterze taktycznym. Wynik tej rywalizacji w dużej mierze zależeć będzie jednak od formy samego Holendra i tego, jak dobrze zwołał się zregenerować po czwartkowych bataliach.

Innymi pretendentami do etapowego zwycięstwa są dziś Pello Bilbao (Bahrain-McLaren), Jakob Fuglsang (Astana), Joao Almeida (Deceuninck-Quick Step), Fausto Masnada (Deceuninck-Quick Step) czy Patrick Konrad (Bora-hansgrohe), a w wariancie z ucieczki między innymi niesamowity Ben O’Connor (NTT), Thomas de Gendt (Lotto Soudal), Ilnur Zakarin (CCC Team) i Domen Novak (Bahrain-McLaren).