fot. UCI

Choć Wout van Aert wyjeżdża z Imoli z dwoma medalami, jego nastrój jest więcej niż mieszany. Belg nie zdołał bowiem sięgnąć po najbardziej interesujące go trofeum – tęczową koszulkę.

Przed wyścigiem o mistrzostwo świata ze startu wspólnego, wielu specjalistów zastanawiało się, czy Wouta van Aerta faktycznie będzie stać na walkę na aż tak trudnej trasie. Belg pokazał, że krótkie i sztywne podjazdy nie robią na nim wrażenia, choć ostatecznie nie udało mu się zdobyć mistrzowskiego tytułu. Sam zawodnik przyznaje, że cieszy się ze swojego wyniku, choć jednocześnie czuje pewien niedosyt.

Nie mogę mieć do nikogo żadnych pretensji. Jako zespół zrobiliśmy wszystko dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Nie byłem w stanie pojechać za Alaphilippe’m, dlatego też jestem trochę zawiedziony. Drugie miejsce, choć znakomite, nie jest do końca tym, na co było mnie stać, bo nogi miałem świetne

– powiedział Van Aert.

Co ciekawe, zaraz po wyścigu z Belgii zaczęły płynąć słowa niezadowolenia w kierunku… Primoza Roglica, który według tamtejszej opinii publicznej, powinien w końcówce pracować na konto kolegi z ekipy Jumbo – Visma. Van Aert postanowił jednak spojrzeć na sprawę z innej, racjonalnej strony.

Zgoda, Primoz był ze mną w grupie, lecz po pierwsze, on także dał z siebie absolutnie wszystko, a po drugie, jechał dla swojego kraju, a nie Jumbo – Visma. Tym bardziej jestem rozczarowany, gdyż Alaphilippe był w stanie odjechać aż tak mocnej grupie, jaką stworzyliśmy. Nie jestem jednak na nikogo zły. W końcu odjechał nam sam Alaphilippe w swojej najlepszej wersji

– dodał zawodnik.

Wszystko wskazuje na to, że obecnie przed Belgiem dobre kilka dni odpoczynku. W październiku z kolei powinniśmy zobaczyć go w pełnej krasie podczas brukowanych klasyków, gdzie liczymy na jego świętą wojnę z Mathieu van der Poelem.