fot. ASO / Alex Broadway

Drugi etap Tour de France 2020 za nami. Choć trasa od początku wydawała się odpowiadać wielu akcjom zaczepnym, skończyło się na jednym ataku i walki harcowników o etapowy triumf. Czas na oceny.

Plusy:
Agresywny jak zawsze
Kilka dni przed rozpoczęciem Wielkiej Pętli Julian Alaphilippe zapowiadał, że będzie jechał agresywnie, dokładnie tak, jak robił to w przeszłości. Dziś już wiemy, że nie żartował, gdyż jego atak na finałowym podjeździe był jedynym interesującym momentem na całym etapie. Francuz wygrał etap, zdobył żółtą koszulkę i znów stał się bohaterem francuskich (i nie tylko) kibiców. Jednocześnie nie lekceważylibyśmy też przewagi, jaką wypracował, gdyż na etapie do Orcieres-Merlette może ona wystarczyć do utrzymania żółtego trykotu.

Okazja życia?
Adam Yates atakujący na Tour de France – dawno tego nie widzieliśmy, prawda? Choć Brytyjczyk zastrzegał, że nie będzie walczył o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej, jego forma pokazuje, że także w wysokich górach możemy widzieć go w czubie stawki. Lider Mitchelton – Scott na pewno jest w lepszej formie niż podczas ostatnich 2 edycji wyścigu co naprawdę może mu pozwolić wierzyć w sukces.

Minusy:
Popołudniowa drzemka
Stereotypowo mówi się, że prawdziwa polska rodzina zjada rosół oraz schabowego z ziemniakami i mizerią w okolicach godziny 14. Później przychodzi pora na odpoczynek i krótką drzemkę. Co by nie mówić, taki układ dnia pozwalał dziś widzieć to, co na całym etapie było najważniejsze. Do podjazdu pod Col d’Eze nie działo się praktycznie nic, przez co fani, którzy liczyli na fajerwerki, musieli obejść się smakiem. Cóż, część z nas wybrała wyścig o GP Belgii Formuły 1, lecz tam niestety działo się mniej więcej tyle, ile na podjeździe pod Col de Turini.

Ostatni gregario
Sylwester Szmyd był naprawdę kapitalnym kolarzem, prawda? Praktycznie na każdym najważniejszym wyścigu potrafił perfekcyjnie pomóc swojemu liderowi wiedząc, że sam w całej karierze nie będzie miał większych szans na dobry wynik. W końcu Vueltę, którą pojechał na siebie, ukończył w drugiej dziesiątce. To samo można powiedzieć o Michale Kwiatkowskim. Z kolejnym Tourem temat wrócił jak bumerang. Polak, co jasne, znakomicie pomógł Eganowi Bernalowi, lecz zgodnie ze słowami kibiców w mediach społecznościowych, w każdym innym zespole Kwiato pojechałby dziś za Julianem Alaphilippe. Mieliśmy mistrza świata, mamy drugiego Yaroslawa Popovycha. Oczywiście wiemy, że Michał na pewno dostanie swoją szansę w klasykach, lecz z takim potencjałem nie skończyć kariery z etapowym triumfem na Tour de France…

Drużynowe szaleństwo
Przed wyścigiem zdecydowana większość z nas zastanawiała się, który z wielkich zespołów będzie lepszy – Jumbo-Visma czy Ineos. Wydaje się, że odpowiedzi długo się nie doczekamy, gdyż obie ekipy miały już swoje problemy. Ineos rozleciał się wczoraj, dzisiaj także kilka razy gubiąc kontrolę nad wydarzeniami. Jumbo-Visma z kolei po części prężyła muskuły, lecz kiedy przyszło co do czego, spłynęła do tyłu skuteczniej niż Jakub Mareczko na stromym podjeździe (warto dodać, że sam Primoz Roglic nie wyglądał dziś wybitnie). Bitwę ekip o pozycję “mieliśmy problemy” wygrywa jednak BORA – hansgrohe, gdyż trzech głównych przybocznych Emmanuela Buchmanna – Felix Grossschartner, Gregor Muhlberger i Lennard Kamna – stracili dziś ponad 10 minut.

Casus Jonathana Vaughtersa
Ekipa EF Pro Cycling ma na świecie niejednego kibica. Amerykanie zdobywają sympatię fanów przede wszystkim swoim hipsterskim stylem, który w do bólu poukładanym sporcie jest rzadkością. Niestety dziś ten chillout przyniósł efekt znany z poprzednich lat – lider zespołu leżał i nie zdołał utrzymać koła najlepszych w końcówce. Oczywiście w obwodzie pozostają wciąż dwa mocne nazwiska (w szczególności dla Sergio Higuity dzisiejszy odcinek był udany), lecz straty poniesione przez zwycięzcę Criterium du Dauphine zawsze wyglądają źle, a akurat w tej ekipie takich przypadków było całkiem sporo.