fot. ASO / Alex Broadway

No i stało się! Rusza pierwszy tegoroczny Wielki Tour, czyli Wielka Pętla. W normalnej rzeczywistości właśnie startowałaby Vuelta Espana, a cały świat kolarski, myślę, że zarówno kolarze, jak i kibice, byłby już trochę zmęczony tym sezonem. Tymczasem wszystko dopiero przed nami.

„Le Tour is Le Tour” powiedział kiedyś – może mało odkrywczo – któryś z kolarzy. Lubię jednak lakoniczność tego przekazu i to, jak wiele znaczeń można zapisać w tych pięciu słowach: rozmach, wagę, znaczenie dla kolarzy i kibiców, trudność i przede wszystkim presję.

O ile na „normalnych” wyścigach presja wyniku jest olbrzymia, o tyle na Tour de France rośnie do niebotycznych rozmiarów. I to mnie bardzo martwi. Sezon, opóźniony o kilka miesięcy, zaczął się bardzo nerwowo, czego konsekwencją były bardzo groźne kraksy. Obraz Fabio Jakobsena rozrywającego bandy na finiszu w Katowicach wciąż mam przed oczami, podobnie jak Remco Evenepoela spadającego w przepaść na typowo włoskim kamiennym mostku. Wciąż widzę też samochód wyjeżdżający tuż przed rowerem Maximiliana Schachmanna na trasie Il Lombardii.

Były też kraksy mniej może medialne, ale zakończone dramatycznymi decyzjami kolarzy o wycofaniu się z wyścigu.Taką, zapewne bolesną (przecież był liderem wyścigu i kandydatem do ostatecznego zwycięstwa), decyzję musiał podjąć Primož Roglič
podczas Critérium du Dauphiné.

Było więc bardzo niebezpiecznie podczas pierwszych po odmrożeniu wyścigów. Niedzielni kibice kolarstwa podczas Tour de Pologne zdążyli okrzyknąć Dylana Groenewegena „bandytą”, odsądzać od czci i wiary organizatora wyścigu. Ja jednak współczuję jednakowo Jakobsenowi i jego bliskim, jak i Groenewegenowi, który od kilku tygodniu musi zmagać się z konsekwencjami swego – może nawet bezwiednego – zachowania.

Kraksy w kolarstwie były są i będą, nic tego nie zmieni. Owszem, nie możemy tolerować niebezpiecznych zachowań, nawet jeśli nie niosą ze sobą dramatycznych konsekwencji. Nie możemy milczeć, gdy na trasę jednego z pięciu monumentów wyjeżdża samochód. Nie możemy patrzeć spokojnie na niebezpieczny początek etapu podczas prestiżowego Delfinatu.

Ale ja nie mogę też myśleć spokojnie o presji, jaką wywierają w tym bardzo dziwnym sezonie nie tylko sponsorzy i kibice, ale nawet kolarze sami na siebie. Wielu zawodników doskonale wie o tym, że część ekip może tego pandemicznego sezonu nie przetrwać, może nie być w przyszłym roku chętnych do tego, by wydawać wielkie kwoty, liczone w milionach euro, na sponsoring ekip zawodowych. Dla wielu z nich ten ściśnięty w cztery miesiące kalendarz to być albo nie być. Muszą się pokazać, by zadowolić sponsora albo zapracować na podpisanie nowego kontraktu.

Podczas Tour de France takich sytuacji będzie bez liku, a chętnych do dokonania czegoś wielkiego – mrowie. Mam jednak nadzieję, że presja nie przesłoni kolarzom racjonalnej oceny sytuacji. Pierwsze etapy Tour de France zawsze są nerwowe – jak pisałam wcześniej – kraksy i niebezpieczeństwa są wpisane w ten sport. Ale mam nadzieję, że to wszystko, co wydarzy się podczas tegorocznego Tour de France, będzie normalne. Wiele się teraz mówi o „nowej normalności” czy też „nowej rzeczywistości”. I ona będzie, bo kolarze i ekipy podczas całej Wielkiej Pętli muszą żyć w swoich „bańkach”, przechodzić testy na koronawirusa (dwa przed wyścigiem i kolejne podczas dni odpoczynku. Niech to będzie ta „nowa normalność”, a na trasie niech się dzieje po prostu tak, jak w poprzednich edycjach.

Ale – jak to mówią z ironią niektórzy – myślenie życzeniowe ma wielką przyszłość. Gdybym pisała to zdanie na Twitterze, dodałabym na koniec uśmiechniętą buźkę. Tym niemniej niech kolarze jadą bezpiecznie z Nicei do Paryża, niech koronawirus nie pustoszy peletonu i nie wpływa na sportową rywalizację. Le Tour, czas start!

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments