Strade Bianche / strade-bianche.it

Dziwny to rok, w którym wszystko, co dobre, musi wydarzyć się od sierpnia do października. Świat jednak, bardziej z obawy przed konsekwencjami dalszego stania w miejscu, niż przekonania, że to właściwe, zaczyna się z powrotem kręcić, a wraz z nim kolarstwo szosowe w wydaniu profesjonalnym, którego pierwszym znaczącym akcentem będzie od lat nazywany przeze mnie duszą romantycznego kolarstwa Strade Bianche. Wyścig, który ze względu na wyjątkowe miejsce jego rozgrywania, charakterystykę trasy i niecodzienną atmosferę całego przedsięwzięcia szybko zaczął pełnić rolę archetypu tego, jak nasza ulubiona dyscyplina sportu wyglądała przed kilkoma dekadami. Budził też nostalgię, która jeszcze do niedawna wydawała się w pełni uzasadniona. Czy jednak obroni się teraz, kiedy tęsknota za czasami dawno minionymi ustępuje przekonaniu, że idealne było zaledwie “wczoraj”, a pandemia odarła go z niepokojów wiosennej aury i wrzuciła w środek przetrąconego sezonu urlopowego w bardzo słonecznej Toskanii? O tym przekonamy się już w najbliższą sobotę. 

Pozwalam sobie zakładać, że część naszych czytelników pamięta stan wojenny, jednak dla zdecydowanej większości PRL jest jedynie mglistym wspomnieniem z wczesnego dzieciństwa, lub nie doświadczyli go wcale. Mieliśmy więc ogromne szczęście żyć w czasach spokoju, stabilizacji i postępu, kiedy dominująca niegdyś niepewność zaczęła odgrywać marginalną rolę, a my byliśmy w stanie zaplanować nasze codzienne aktywności w najdrobniejszych detalach. Z początkiem marca pandemia koronawirusa wyrzuciła nasze przyzwyczajenia do kosza, znacznie ograniczyła swobodę dotyczącą podejmowania ulubionych form spędzania czasu wolnego, ale też boleśnie przypomniała, że być może nie wszystkie z nich mają priorytet tak wysoki, jak mogło się nam wydawać. I tak, wbrew temu, co mogą sugerować opisy wielu zatwardziałych pasjonatów na Twitterze okazało się, że jest życie bez kolarstwa szosowego. Jest świat bez Igrzysk Olimpijskich w Tokio 2020. Jest kalendarz, w którym Paryż-Roubaix nie jest rozgrywany w okolicach Wielkanocy, Tour de France w lipcu, a jesienią zamiast Il Lombardii zobaczymy pełnometrażowe Giro d’Italia. Co gorsza, w tej chwili nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy jest to jedynie anomalia wobec tego, co wydawało się wyryte w kamieniu, czy tego też typu plany na dłużej podporządkować będzie trzeba łasce i niełasce okoliczności zewnętrznych. W kontekście samego Strade Bianche natomiast pojawia się pytanie, jak bardzo ta sytuacja wpłynęła na sam wyścig i jego odbiór, w dużym stopniu oparty na postrzeganiu i prostych emocjach. Spójrzmy więc, co się zmieniło, a co zostało takie samo.

Malarskie krajobrazy

Jak wygląda Toskania zimą wiedzą głównie jej stali mieszkańcy, ale w każdej innej porze roku po prostu zachwyca. Obłe wzgórza wyściełane plantacjami winorośli, zabudowania starych winnic w barwach ochry, wijące się drogi ze strzegącymi ich rzędami cyprysów i niepowtarzalne światło, które przez setki lat inspirowało największych artystów Starego Kontynentu już wystarczą, by był to punkt docelowy większości odbywanych w marzeniach romantycznych podróży. A są jeszcze Florencja i Siena, w których nagromadzenie kunsztownej architektury i sztuki najwyższych lotów może przyprawić o zawrót głowy. I o ile należy się spodziewać, że nawet w specyficznym, bo popandemicznym sezonie turystycznym ruch w tych miastach będzie w stosunku do marca wzmożony, cała reszta dostanie odrobiny wypieków jedynie w pozytywnym sensie: światło będzie nieco ostrzejsze, wzgórza zieleńsze, a unoszący się nad białymi drogami pył jeszcze bardziej… pylasty.

Mglista historia

O niektórych ludziach mówi się, że urodzili się ze starymi duszami i wystarczy jedynie minimalnie nagiąć rzeczywistość, by to samo powiedzieć o Strade Bianche. W swojej obecnej formie jest to bowiem wyścig bardzo młody, a jednocześnie czerpiący pełnymi garściami z bogatych tradycji regularnie rozgrywanych na tych samych szosach amatorskich imprez spod szyldu L’Eroica. Można się zastanawiać, dlaczego przełożenie tych doświadczeń na wyścig elity zawodowego kolarstwa zajęło tak wiele czasu, lub po prostu być wdzięcznym RCS Sport, że w 2007 roku zdecydowali się podjąć to ryzyko. Fakt jednak pozostaje faktem, że Strade Bianche potrzebował zaledwie dekady, by idealnie wtopić się w pejzaż szosowych zmagań i za pomocą pobrzmiewających w nim dawno zapomnianych nut stworzyć iluzję, że był jego elementem od zawsze. Może nawet był tam pierwszy. Można przypuszczać, że właśnie dlatego typowany jest przez wielu jako pretendent do miana szóstego z monumentów. To, nawet w perspektywie ostatnich miesięcy, które kazały kwestionować wiele rzeczy wcześniej uznawanych za pewne, wydaje się równie niemożliwe, jak istnienie piątej pory roku, jednak wyścig białymi drogami Toskanii dalej wygrywać będzie w nieoficjalnych plebiscytach nagrodę publiczności. Można się w tym miejscu zastanawiać, która z tęsknot jest dziś większa i bardziej dojmująca: ta za wyścigiem, z którego kadry przypominają sepiowane fotografie sprzed lat, czy za Strade Bianche Anno Domini 2019, kiedy wszystko toczyło się znanym i łatwym do przewidzenia rytmem? Ale wtedy przychodzi do głowy myśl, że to pytanie jest zbyteczne, bo Strade Bianche jest tęsknotą samą w sobie. Tą nienazwaną. I w tej sprawie też nic się nie zmieni.

Perfekcyjny finał

Kiedy myślę o Strade Bianche, nie widzę pokrytych błotem kolarzy, walki o każde przekręcenie korby na stromym, finałowym podjeździe, ani wyłaniającego się zza ostatniego zakrętu zawodnika, który za moment okrzyknięty zostanie zwycięzcą. Nie widzę nawet deszczu. Czy tego chcę, czy nie, pierwszą projekcją mojej wyobraźni są zawsze wiejskie krajobrazy Toskanii i pył wzbijany przez przemierzający je peleton, co nie zmienia faktu, że ostatni kilometr wyścigu uważam za finał tak perfekcyjny, jakby był dziełem samych mistrzów włoskiego renesansu. Obostrzenia związane z pandemią połączone z faktem, że zamknięcie centrum bardzo popularnej turystycznej destynacji w środku sezonu musi być znacznie trudniejsze, niż poza nim, z pewnością nie ułatwiło organizatorom wyścigu życia, jednak z ulgą możemy przyjąć informację, że ten element trasy nie uległ żadnym zmianom. Kolejny raz czeka nas zatem perfekcyjny finisz na 800-metrowym podjeździe na Via Santa Caterina, który jest niezwykle selektywny, wymaga taktycznego błysku i fenomenalnie wygląda na fotografiach.

Szerokie grono faworytów

Zwycięzca może być tylko jeden, każdy to wie. Powszechną wiedzą wśród sympatyków dyscypliny jest również, że wyścigi jednodniowe należą w swojej naturze do bardziej nieprzewidywalnych niż imprezy etapowe, ponieważ w większym stopniu wrażliwe są na czynniki losowe, warunki atmosferyczne i zawsze tajemniczą formę dnia, a podejmowane w nich spontanicznie decyzje taktyczne często biorą górę nad przemyślaną strategią. Wszystko to sprawia, że rywalizacja na ich trasach zazwyczaj rozpoczyna się z relatywnie szerokim gronem pretendentów do tytułu, a z kilku powodów właśnie Strade Bianche udało się sięgnąć obu krańców tego spektrum. 

Fakt, że wyłączywszy najbardziej płaskolubnych sprinterów i napędzanych dieslowskimi silnikami górali, zawodnik niemal każdej specjalności ma realne szanse na odniesienie zwycięstwa w imprezie, musi być kolejnym argumentem przemawiającym za wyjątkowością toskańskiego klasyku, jednak sytuacja jest w swojej istocie jeszcze bardziej złożona. Wystarczy bowiem dość pobieżnie przeanalizować krótką historię Strade Bianche by dojść do wniosku, że owszem, triumfatorami wyścigu zostawali kolarze o diametralnie różnej charakterystyce, ale jest w tym powoli krystalizująca się powtarzalność, która tylko dalej się pogłębia, kiedy przyjrzymy się czołowym trójkom, dziesiątkom i dwudziestkom kolejnych edycji. Można więc dojść do wniosku, że Strade Bianche staje się wąską specjalizacją samą w sobie, podobnie jak na przykład Paryż-Roubaix, co potwierdza stałe meldowanie się w ścisłej czołówce Michała Kwiatkowskiego, Juliana Alaphilippe’a, Zdenka Stybara i Tiesja Benoota, a z drugiej strony spektrum chociażby Jakoba Fuglsanga.

Jaki zatem jest klucz? Utrzymywanie wysokiej pozycji w grupie, która często pękać zaczyna w bardzo wczesnej fazie rywalizacji i odrzucenie zachowawczej taktyki, która nieczęsto się tu sprawdza. Dynamiczna jazda na krótkich, sztywnych podjazdach, skuteczne wgryzanie się w kolejne szutrowe sektory i sprytne żonglowanie siłami tak, by znaleźć się z przodu stawki, jednak zachować energię na decydujący ostatni kilometr. 

Każdego roku o triumf walczy garstka tych samych zawodników, a jednak wytypowanie zwycięzcy bywa bardzo trudne, co ma związek z dużym wpływem warunków atmosferycznych na charakter rywalizacji i specyficznym miejscem w kalendarzu. Fakt, że w tym roku przeniesiony na sierpień Strade Bianche będzie pierwszym wyścigiem jednodniowym kategorii WorldTour po restarcie sezonu tylko tę sytuację pogłębia, zostawiając nas z jeszcze większą liczbą znaków zapytania.

 Sprawdzona trasa

Zważywszy na niemowlęcy w stosunku do największych wyścigów jednodniowych kolarskiego kalendarza wiek toskańskiego klasyku, jego trasa charakteryzuje się już bardzo dobrze ugruntowanym formatem, a pomimo dużych zawirowań z samym czasem rozgrywania tegorocznej edycji, jest ona wierną kopią tej, która przyczyniła się do rozegrania spektakularnych pojedynków w ubiegłych sezonach. 

A zatem podobnie jak przed rokiem, również 14. edycja Strade Bianche rozpocznie się i znajdzie swój kres w zachwycającej Sienie, w międzyczasie zakreślając wśród toskańskich wzgórz symbol nieskończoności o łącznej długości 184 kilometrów.

Głównymi trudnościami będą wspomniane już sztywne podjazdy i sektory szutru, często natomiast kombinacja jednych z drugimi. Spośród tych pierwszych za największe wyzwanie uznać należy Montalcino (4 km, 5%) i końcowy podjazd pod Via Santa Caterina (800 m, 6.5%, max. 16%). Podobnie jak przed rokiem, zawodnicy marzący o triumfie na Piazza del Campo zmuszeni będą do zmierzenia się z jedenastoma odcinkami białych dróg, których łączna długość ponownie wyniesie 63 kilometry. Choć o miejscu, w którym dokonuje się wstępna selekcja często decydują warunki atmosferyczne, a za punkt otwierający zasadniczą część rywalizacji uznać można już podjazd pod Montalcino (66. kilometr rywalizacji), największe piętno na losach rywalizacji powinny wywrzeć najtrudniejsze w decydującej części trasy sektory Monte Santa Maria i Colle Pinzuto. Choć solowe rajdy na długo zapadają w pamięć, najbardziej emocjonujące edycje Strade Bianche to te, podczas których walka o triumf toczy się w grupie kilku zawodników, a zwycięzcę poznajemy dopiero na Via Santa Caterina. O ile forma pretendentów do tytułu jest wielką niewiadomą, toskańskie lato nie powinno sprzyjać wczesnej selekcji, a to może wskazywać na taki właśnie scenariusz.

Kapryśna pogoda

I tak dotarliśmy do punktu, który (poza nietypowym terminem) wyznacza główną różnicę między Strade Bianche znanym i kochanym, a tym, które przyjdzie nam obejrzeć w tym roku. Deszczu nie będzie, nie ma co się oszukiwać. Ale trzeba też przed sobą uczciwie przyznać, że deszczowe edycje imprezy, choć najbardziej pamiętne, były na przestrzeni 13 lat jej rozgrywania anomalią.

Czy to oznacza, że tym razem warunki atmosferyczne nie będą miały wpływu na wynik Strade Bianche? Będą miały. Temperatury sięgające 36 stopni, pył kolejnymi warstwami przylegający do zgrzanych ciał i interwałowy trening na następujących po sobie szutrowych pagórkach nie tworzą kombinacji, która w obliczu niepewnej formy wydaje się optymalna. Charakter samych zawodników liczących się w walce o tytuł musi zaś sprawić, że któryś zdecyduje się powiedzieć “sprawdzam”.

Wyścig mężczyzn

Strade Bianche jest wyścigiem wyjątkowym. Nie tylko ze względu na niepowtarzalną trasę, piękny finał i zachwycające okoliczności przyrody. Nie tylko ze względu na fakt, że w tę jedną sobotę krzyżują się drogi specjalistów od północnych klasyków, dynamicznych sprinterów, górali i zawodników, dla których toskański klasyk okazał się długo poszukiwaną i trudną do jednoznacznego sklasyfikowania niszą. Również dlatego, że doskonale wiemy, kto jutro będzie walczył o zwycięstwo i wiemy, że będzie to pojedynek największych zawodowego peletonu – bardzo różnych, ale walczących o ten sam cel.

Wyliczanie pretendentów do tytułu wypada rozpocząć od obrońcy tytułu, ale w odniesieniu do Juliana Alaphilippe’a (Deceuninck-Quick Step) nie jest to wyłącznie formalność. Choć wielu z nas wolałoby przypisać ten tytuł innemu zawodnikowi, to właśnie 28-letni Francuz wyrósł w ostatnich latach na najbardziej wszechstronnego kolarza zawodowego peletonu, a jego zeszłoroczny sezon bez żadnej przesady porównać można, by zbyt daleko nie szukać, do wyczynów Grega Van Avermaeta z 2017 roku, Christophera Froome’a z 2013, Philippe’a Gilberta z 2011 czy każdej wiosny Alejandro Valverde. Alaphilippe potrafi się ścigać na urozmaiconych nawierzchniach, potrafi się nieźle wspinać w górach, a na stromych i krótkich ściankach jeszcze lepiej. Jeśli forma prezentowana tej wiosny będzie miała jakikolwiek wpływ na wyniki osiągane w środku lata, a co do tego nie mam żadnej pewności, można w tym miejscu postawić znak zapytania, ale tylko taki nieregulaminowo mały. Nie będziemy się również powoływać na brak doświadczenia w wyścigu, bo zrobiliśmy to w zeszłym roku i wyszło, jak wyszło. Podczas każdej edycji jakiś debiutujący kolarz przekonuje nas, że doświadczenie jako czynnik ma w Strade Bianche wyjątkowo mały wpływ na wynik.

Ekipa Deceuninck-Quick Step nie byłaby jednak sobą, przystępując do jakiejkolwiek rywalizacji z jednym tylko liderem i aż dziw bierze, że drużyna o tak niejasnej hierarchii nadała sobie przydomek wilczej watahy. Tym drugim, ale zdecydowanie nie bez szans, będzie w Strade Bianche Zdenek Stybar, który ma związane z rywalizacją na białych drogach piękne wspomnienia. Jako były mistrz świata w przełajach, 34-letni Czech doskonale radzi sobie z trudnymi technicznie szutrowymi odcinkami, i chociaż można podejrzewać, że zdecydowanie wolałby kolejną deszczową edycję Strade Bianche, w swoich najlepszych czasach sama Via Santa Caterina wystarczała mu do zdystansowania rywali.

Kasper Asgreen i Bob Jungels to już long shoty, ale szczególnie ten drugi świetnie odnajduje się w roli czarnego konia.

Jeśli podobnie jak w roku ubiegłym zwyciężyć ma debiutant, to wszystkie oczy w tej samej chwili zwrócić się muszą w kierunku wszechstronnego Mathieu van der Poela (Alpecin-Fenix), którego zainteresowania wykraczają bardzo daleko poza jazdę po idealnie gładkim asfalcie. Choć niczego w tym aspekcie nie wiemy na pewno, trudno mi uwierzyć, że zabraknie mu formy na restart sezonu, a jego zeszłoroczny występ w Amstel Gold Race sugeruje, że powinien być w stanie utrzymać się w grupie pretendentów do tytułu na stromych podjazdach.

W walce o tytuł powinien się liczyć także jego przełajowy arch-rival, czyli nie tak wymuskany, nie tak elegancki, być może nie tak utalentowany, ale za to zazwyczaj bardziej zdeterminowany i hardy Wout Van Aert (Jumbo-Visma). Inaczej niż Alaphilippe przed rokiem i być może van der Poel już jutro, 25-latek z Belgii w swoim debiucie (2018) Strade Bianche co prawda nie wygrał, ale i tak zdołał zrobić kolosalne wrażenie, stając na najniższym stopniu podium epickiej, deszczowej edycji. Może się wydawać, że to właśnie on najwięcej traci na przeniesieniu potencjalnie błotnistego, deszczowego i chłodnego wyścigu na sierpień, ale trzeba pamiętać, że swój wynik Van Aert powtórzył również pod słońcem Toskanii w ubiegłym roku.

W jakim miejscu swojego życia i kolarskiej kariery znajduje się Peter Sagan (Bora-hansgrohe), miało być jednym z bardziej interesujących pytań na ten sezon, jeszcze zanim koronawirus uczynił wszystko bardziej skomplikowanym. Pytanie oczywiście pozostaje, choć jestem zdania, że kolejne trzy miesiące nawet najbardziej intensywnej rywalizacji to zbyt mało, by pozwalać sobie na wyciąganie jednoznacznych wniosków. Wykluczywszy oczywiście sytuację, że wszystko czego w tym czasie dotknie, zamieni się w złoto. Pierwszym poważniejszym sprawdzianem formy będzie dla niego właśnie Strade Bianche, z którym wielokrotny mistrz świata relację ma trudną, bo choć teoretycznie wszystko powinno układać się idealnie i w przeszłości stawał na podium, za każdym razem brakowało czegoś ekstra, co pozwoliłoby mu dopisać toskański klasyk do długiej listy tytułów.

Drugim zawodnikiem Bory, który ma wszelkie predyspozycje do podbicia Sieny w najbliższą sobotę jest Maximilian Schachmann, który nie dość, że rewelacyjnie łączy szereg bardzo sprzyjających temu umiejętności, to zaliczył imponujący początek tegorocznego sezonu.

Kierunek rozwoju Michała Kwiatkowskiego (Team INEOS) w ostatnich dwóch sezonach mógł dokleić mu łatkę ekskluzywnego pomocnika liderów INEOS na wielkie toury, ale 30-letni Polak stanie na starcie Strade Bianche jako jedyny podwójny triumfator wyścigu (2014, 2017) i można mieć pewność, że swojego ogromnego potencjału w międzyczasie nie stracił. Wyrównanie rekordu Fabiana Cancellary bardzo dobrze by zrobiło jego karierze, a mniejsze i większe ruchy wewnątrz brytyjskiej ekipy w teorii powinny mu dać nieco więcej przestrzeni na walkę o indywidualne cele. Pozostaje więc pytanie, czy jest nim już Strade Bianche, czy może dopiero rozgrywane za tydzień Milano-Sanremo? 

Tiesj Benoot (Team Sunweb) zwyciężył deszczową edycję Strade Bianche, w której tak świetnie spisał się Van Aert, i podobnie jak on prawdopodobnie żałuje, że wyścig nie będzie rozegrany w nieco mniej korzystnych warunkach atmosferycznych – cierpienie to jego żywioł. Świetnie też rozpoczął tegoroczny sezon, co może coś znaczyć, ale wcale nie musi.

Interesujące jest również, co zaprezentuje jedna z najmocniejszych ekip początku sezonu (tego pierwszego początku) – Astana. Alexey Lutsenko i Jakob Fuglsang zaprezentowali w inaugurujących sezon imprezach świetną formę, a jednocześnie obaj nie mogą pochwalić się dynamiką, która pozwoliłaby im czekać na rozstrzygnięcia aż do podjazdu na Via Santa Caterina, co potencjalnie brzmi jak podwaliny pod interesujące akcje w niego wcześniejszej fazie rozgrywania wyścigu.

Tadej Pogacar (UAE-Team Emirates) debiutu w Strade Bianche na miarę Juliana Alaphilippe’a nie świętował, ale czy w marcu zeszłego roku był tym samym zawodnikiem, którym stał się na przełomie lata i jesieni? Najprawdopodobniej dopiero w tym roku okaże się, na co stać 21-letniego Słoweńca w starciu z szutrowymi drogami Toskanii.

Na liście umieścić wypada również Grega Van Avermaeta (CCC Team), Philippe Gilberta (Lotto Soudal) i debiutującego Olivera Naesena (AG2R-La Mondiale), których dobry wynik nie będzie żadnym zaskoczeniem, ale już zwycięstwo – owszem. Strade Bianche woli młodszych.

No i jest jeszcze Vincenzo Nibali (Trek-Segafredo). Racjonalny osąd odrzuca tę możliwość, ale chwilę później podsuwa obrazy doświadczonego Włocha walczącego na brukach podczas etapu Wielkiej Pętli, albo finiszującego przed peletonem w Sanremo. Gdyby tylko spadł deszcz…

Wyścig kobiet

6. edycja wyścigu kobiet rozegrana zostanie na identycznej jak przed rokiem trasie o długości 136 kilometrów, zawierającej osiem szutrowych sektorów o łącznej długości 30 kilometrów.

Inaczej niż w przypadku rywalizacji mężczyzn, faworytka jest jedna – Annemiek Van Vleuten (Mitchelton-Scott), która wygrała w tym sezonie wszystkie wyścigi, w których wzięła udział, a do tego broni zeszłorocznego tytułu.

W wygraniu piątego spróbują jej przeszkodzić przede wszystkim Anna van der Breggen (Boels-Dolmans), Ashleigh Moolman-Pasio (CCC-Liv), Katarzyna Niewiadoma (Canyon SRAM), Cecilie Uttrup (FDJ Nouvelle Aquitaine Futuroscope) i Eider Merino (Movistar), z których każda ma wszelkie predyspozycje, by świetnie spisać się na trasie Strade Bianche. Ale czy żeby w równej walce pokonać Van Vleuten? Obawiam się, że będą musiały się zadowolić walką o drugi stopień podium.

Wyścig Strade Bianche 2019 rozegrany zostanie w sobotę, 1 sierpnia.

Transmisję na żywo będzie można śledzić na antenie stacji Eurosport 1 od godziny 16:50.