fot. Giro d'Italia

Ponad 234 tys. potwierdzonych przypadków, prawie 34 tys. osób zmarło, czwarty europejski kraj po Rosji, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii pod względem liczby zachorowań (stan po raporcie Światowej Organizacji Zdrowia z dnia 6 czerwca br.). Tak wygląda włoski bilans koronawirusa. Przed oczami wciąż majaczą puste place w Mediolanie, Bergamo i innych miastach, przygnębiające telewizyjne zdjęcia trumien i urn ze zwłokami ofiar wirusa oraz uwięzieni w domach, mieszkaniach, na balkonach i w ogrodach kolarze trenujący na trenażerach. Włosi i Włochy podnosili się z niejednego kryzysu, a wyścig Giro d’Italia pomagał zasklepiać rany. Czy tak będzie i tym razem?

To jest wiosna bez wiosny. Bo każdy kolarski kibic ma wiosny dwie: tę zwyczajną, kalendarzową, oraz kolarską z jednodniowymi wyścigami klasycznymi oraz Giro d’Italia, pierwszym w kalendarzu wielkim tourem. Tym razem mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu, bowiem przed pandemią koronawirusa tylko tak wielki i dramatyczny konflikt, jakim była II wojna światowa zdołała powstrzymać ten wyścig. Jeszcze 9 marca, dzień po tym, jak ogłoszono odwołanie Strade Bianche, Tirreno-Adriatico i Mediolan-San Remo dyrektor Giro d’Italia Mauro Vegni nie chciał nawet myśleć o anulowaniu swojego touru. Kilka dni później, gdy Włochy nakładały coraz większe restrykcje na życie publiczne, zmienił ton, mówiąc o możliwości ustalenia innej daty. Wreszcie Węgry ogłosiły, że zaplanowany na 9 maja Grande Partenza w Budapeszcie, nie odbędzie się. Nieuniknione stało się faktem: w maju 2020 roku Giro d’Italia nie będzie.

Nie można porównywać wojny z epidemią, chociaż ta druga w historii nierzadko była następstwem tej pierwszej. Jest jednak w tych rzeczach kilka podobieństw – przede wszystkim to, że wstrzymują powszednie życie, a także to, że konsekwencją jest śmierć ludzi. Zatem tak samo jak po wojnie było potrzebne odrodzenie, tak i będzie ono potrzebne po epidemii. Dla włoskich tifosi, którzy wiwatują na cześć kolarzy przy szosach, kibiców w domach przed telewizorami oraz zwykłych przechodniów, którzy zatrzymają się idąc do miejscowego sklepu na widok przejeżdżającego peletonu Giro jest własnością, nierozerwalną częścią ich życia, kultury i tradycji. To nie tylko ściganie się prawie dwustu mężczyzn na rowerach. To rytuał, impreza napędzająca gospodarkę, turystyką, prasę i sport. Po prostu cały kraj.

Pierwszą powojenną edycję Corsa Rosa zorganizowano w czerwcu 1946 roku. Trasa przebiegała pośród powojennych ruin i zgliszcz, nie wspominając o trudnościach logistycznych, jakie towarzyszyły organizacji tamtego wyścigu. Po odbytym tydzień przed startem referendum, na mocy którego Włochy stały się republiką, w kraju nadal panował stan wojny, ale ludzi zajmował przede wszystkim powrót mrożącej krew w żyłach rywalizacji Fausto Coppi-Gino Bartali. To było Giro della Rinascita, Giro Odrodzenia, ale nie bez przygód. Autor trasy Armando Cougnet wyznaczył czternasty etap wyścigu z Rovigo do zróżnicowanego demograficznie Triestu, który kipiał po tym, jak Mussolini zakazał tam posługiwania się jakimkolwiek innym językiem niż włoskim, a wszyscy mieszkańcy słowiańskiego pochodzenia zostali zmuszeni do zmiany nazwisk. Projugosłowiańscy protestujący postanowili przerwać Włochom kolarską zabawę i zablokowali etap, manifestując swoje niezadowolenie.

Historia “różowego wyścigu” zna jeszcze przynajmniej kilka sytuacji, które miały dać wyraz hołdu, upamiętnienia, wsparcia. W 1967 roku Giro zawitało do Florencji, która jesienią poprzedniego roku została zniszczona przez powódź. W 1988 roku po raz drugi w historii podjeżdżano pod legendarną przełęcz Passo di Gavia, dwanaście miesięcy po tym jak region, w którym jest położona został zniszczony przez lawinę. W 2010 roku fotografie zrobione przez fotoreporterów uwieczniły przejazd przez zmasakrowaną przez trzęsienie ziemi L’Aquilę. Giro pamiętało również o indywidualnym dramacie – nagłej i tragicznej śmierci współczesnego bożyszcze Włochów, Michele Scarponiego. Kibice nie zawiedli, gdy kolumna wyścigu wjechała do miejscowości Filottrano – dekoracje i transparenty wyrażające pamięć o “Scarpie” wywoływały na skórze gęsią skórkę.

Tak więc po epidemii wirusa Covid-19 wyścig powinien przejechać przez Lombardię, przez Mediolan i Bergamo – miasta, które z powodu zarazy ucierpiały najbardziej. Paradoksalnie łatwiej jednak było przejechać pośród zgliszcz niż zorganizować – bądź co bądź – imprezę masową w miejscu, gdzie społeczny dystans ma być panaceum na nowe zło. Według pierwotnych planów Mauro Vegniego i spółki Giro 2020 ma zakończyć się w stolicy regionu Lombardia – Mediolanie, ale oficjalne informacje poznamy pod koniec czerwca lub na początku lipca podczas ponownej prezentacji trasy – tym razem w trybie on-line, jak większość spraw, które obecnie załatwiamy.

Kolejne Giro Odrodzenia byłoby piękne i z pewnością zapaliłoby zielone światło dla, powrotu do normalności, a raczej nowej normalności. Byłoby cegłą włożoną do rozbitego wirusem muru. Choć na Wyścig dookoła Włoch aż prosi się spoglądać przez różowe okulary, to trzeba je jednak na chwilę zdjąć. Bo jak będą wyglądały budżety włoskich miast, które musiały wydać dodatkowe pieniądze na ochronę zdrowia? Można się spodziewać, że do RCS Sport będzie wpływało mniej pieniędzy.

Jak przypomina magazyn “Procycling”, w przeciwieństwie do Tour de France, Giro nie ustala dla miast stałych kwot, które należy uiścić za organizację startu czy mety etapu. W przypadku włoskiego wielkiego touru jest to uzależnione od liczby ludności danego miasta i funduszy, jakimi dysponuje. Dla przykładu dobrze prosperująca Ravenna płaciła za taką przyjemność 70 tys. euro, a biedniejsza i mniejsza Puglia dwa razy mniej. Budżety osłabione walką z koronawirusem będą zatem skłonne wydawać jeszcze mniej, a co za tym idzie, kieszeń RCS Sport się uszczupli. Jakie będą tego wszystkiego konsekwencje, tego dziś nikt nie jest w stanie powiedzieć.

Według nowego kalendarza Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI) Giro d’Italia 2020 ma potrwać od 3 do 25 października. Grande Partenza odbędzie się w Palermo, gdzie kolarze będą rywalizować na liczącej niecałe dziewięć kilometrów trasie w jeździe indywidualnej na czas. Oby. Forza Italia!