Fot. zwift.com

Kolarski lockout, z wyłączeniem Paryż – Nicea, trwa już ponad 2 miesiące. W tym czasie organizatorzy różnych imprez spróbowali dać kibicom choć trochę emocji, organizując e-wyścigi. Choć w tych ciężkich czasach był to pewien powiew świeżości, rywalizacja w internecie nie ma wiele wspólnego z tą prawdziwą.

Problemy organizatorów wydarzeń sportowych, związane z epidemią koronawirusa, są nam doskonale znane. Niestety, ze względu na specyfikę kolarstwa, nasz ukochany sport ma się nieco gorzej niż inne dyscypliny, takie jak piłka nożna czy nawet Formuła 1. To z kolei zmusiło odpowiednie osoby do podjęcia pewnych istotnych działań, które utrzymają jak największą liczbę kibiców przed telewizorami czy monitorami. Powołano więc do życia kilka interesujących tworów, znanych już jako e-wyścigi.

Choć za nami już kilka naprawdę dużych imprez, takich jak wirtualna Flandria czy Tour de Suisse, wciąż ciężko jest jednoznacznie ocenić, czy całe przedsięwzięcie okazało się sukcesem, czy też nie. Na pewno, z braku laku, wielu kibiców postanowiło obserwować poszczególne etapy rywalizacji. Ba, część osób ze środowiska początkowo nawet chwaliło pomysły organizatorów, ciesząc się choćby namiastką sezonowych emocji. Z czasem jednak ze wszystkich zaczęło schodzić powietrze, a różnice pomiędzy e-kolarstwem, a kolarstwem samym w sobie zaczęły być bardzo widoczne.

Z biegiem czasu okazało się, że niezwykle istotne jest to, jaką kolarską aplikację wybierze się dla organizowanego przez siebie wyścigu. Dla przykładu, ściganie organizowane za pomocą Zwifta dość solidnie oddaje prawdziwe warunki rywalizacji. Samotna ucieczka rzadko kiedy się uda, a siła peletonu jest znacznie wyższa niż w przypadku pojedynczego zawodnika. Dużo normalniej wyglądają także pomiary zawodników jadących w środku większej grupy, co pozwala nieco lepiej poczuć kolarskie emocje. W tym miejscu warto zauważyć, że błędem (z punktu widzenia kibica) organizatorów Digital Swiss 5 był wybór aplikacji Rouvy. Tam nie uświadczymy bowiem choćby tunelu aerodynamicznego za innym zawodnikiem, przez co wszystkie etapy były około godzinną czasówką, zarówno na płaskim, jak i w górach. Jednocześnie należy zauważyć, że czeska aplikacja daje dużo większe pole do popisu dla organizatorów wyścigów zawodowych. W żadnym innym programie nie ma bowiem aż tak szerokich możliwości do zaprezentowania sponsorów imprezy. Nie da się ukryć, że Szwajcarzy wykorzystali to do granic możliwości.

Patrząc na wyniki poszczególnych wyścigów, można zauważyć (co nie było specjalnym zaskoczeniem), że na trenażerach zdecydowanie najlepiej radzą sobie zawodnicy specjalizujący się w jeździe na czas. W końcu samotna jazda na wysokich obrotach to ich chleb powszedni. Wyścigi ze startu wspólnego mają jednak swoją duszę, której w e-kolarstwie bardzo brakuje. W bezpośredniej rywalizacji ważne są bowiem także takie umiejętności jak odpowiednie czucie rywalizacji, łapanie odpowiedniego koła, wyczucie momentu do ataku czy też odpowiednie wykorzystanie rywala dla własnych celów (przykładowo dowiezienie się na kole do końcówki, gdzie łatwo będzie go objechać). Wszystko to jest częścią kolarstwa, a w sieci, zwłaszcza w aplikacji Rouvy, bardzo tego brakuje.

Co by nie mówić, nie jest to tylko i wyłącznie nasza opinia. W trakcie trwania Digital Swiss 5, z dużą przyjemnością czytało się przemyślenia Jonathana Vaughtersa, czyli człowieka, który na kolarstwie zna się jak mało kto. Bardzo dokładnie przyjrzał się on postaci Remco Evenepoela, który był przecież jednym z faworytów do wygrania trudniejszych odcinków. Zdaniem amerykańskiego menadżera, Belg wcale nie jest najmocniejszym (w dosłownym znaczeniu) kolarzem w stawce, lecz bardzo dużo zyskuje na… własnej aerodynamice. Cóż, tego w e-kolarstwie wykorzystać też się nie da.

Zważając na powyższe problemy, internetowe kolarstwo wciąż przegrywa choćby z internetowymi wyścigami samochodowymi. Choć tam wielu zawodowych kierowców, w tym także tych jeżdżących na co dzień w F1, narzekało na brak czucia samochodu. W końcu jak dodać przeciążenia do fotela stojącego w domu? Wszystkie inne składowe znane z motorsportu są już jednak znacznie lepiej odzwierciedlone. Świadczy o tym choćby trudność rywalizacji w takich tytułach jak iRacing, który obecnie podbija motorsportowy rynek. Co więcej, emocji także nie brakuje. W końcu w ostatni weekend praktycznie całe środowisko rozmawiało o incydencie pomiędzy Lando Norrisem, a Simonem Pagenaud podczas ostatniego wyścigu Indy 500. Nie da się ukryć, że po wypadku, w którym obaj uczestniczyli, zrobiło się śmiertelnie poważnie.

Podsumowując, cieszy nas, że e-kolarstwo zaczyna być coraz to bardziej popularne i dostępne. Aby jednak wyścigi stały się naprawdę emocjonujące, programiści poszczególnych aplikacji muszą się jeszcze trochę postarać. Przyszłość jeszcze nie jest teraz, lecz wcale nie jesteśmy daleko od celu, a wtedy… kto wie, co wymyśli UCI.