prof. Artur Pupka / fot. Szymon Gruchalski /gvttraining.pl

W dobie epidemii wirusa SARS-Cov-2 osoby trenujące kolarstwo zawodowo lub amatorsko zadają sobie mnóstwo pytań. Mnożą się one wraz z wprowadzaniem lub znoszeniem przez rząd rozmaitych restrykcji dotyczących życia publicznego. „Czy jeżdżenie z zasłoniętymi ustami i nosem ma sens?” „Czy jazda na rowerze na zewnątrz jest bezpieczna?” „Jak trenować w czasie epidemii?” O udzielenie odpowiedzi na te pytania poprosiliśmy prof. dr. hab. n. med. Artura Pupkę, lekarza kadry narodowej Polskiego Związku Triathlonu. Profesor Pupka na co dzień prowadzi Centrum Leczenia Chorób Naczyń i Medycyny Sportowej we Wrocławiu oraz sam amatorsko uprawia triathlon i jest pasjonatem kolarstwa.

Od 16 kwietnia istnieje obowiązek zakrywania ust i nosa w przestrzeni publicznej. Nakaz ten obejmuje również osoby uprawiające sport, w tym rowerzystów. Sami zabieramy ze sobą chustę, komin czy maskę, a na trasie mijamy się z naszymi kolegami, których mamy szansę rozpoznać jedynie po sylwetce. Prof. Pupka uważa, że „szosowcy” zasłaniają usta i nos tylko po to, aby nie dostać mandatu i jednocześnie zwraca uwagę, że wydając to rozporządzenie należało dokonać pewnego zróżnicowania.

– Z reguły jestem legalistą, ale w tym przypadku nie znajduję żadnego uzasadnienia dla zasłaniania ust i nosa. Gdy jeżdżę na rowerze czy biegam za miastem, gdzie spotykam jedynie przejeżdżające samochody, to przed kim mam się chronić? Osoby uprawiające sport poza miejscami, gdzie występują skupiska ludzkie, czyli np. parkami, nie powinny mieć obowiązku zasłaniania ust i nosa. Należało to w sposób jasny rozgraniczyć, ponieważ trudno zwolnić z tego przepisu ludzi, którzy biegają czy kręcą się na rowerze po parku, co i rusz ocierając się o kogoś innego. Gdy jednak mamy do czynienia z bardziej – nazwijmy to – wykwalifikowanym amatorem, nie wspominając już o zawodowcach, to logiczne jest, że taka osoba będzie wybierała spokojniejsze, mniej zaludnione miejsca do odbycia treningu. Takim miejscem są tereny na obrzeżach miast czy poza miastem, gdzie nie spotka się żywej duszy, a jeśli już tak się stanie, to odbędzie się to w bezpiecznym dystansie. Dobrym przykładem jest osoba jeżdżąca rowerem po szosach. Takie osoby z pewnością wyłączyłbym z tego nakazu

– wyjaśnia.

Z pewnością zdecydowana większość kolarzy zawodowców, jak i amatorów na kilkugodzinny trening zabiera ze sobą jedną maseczkę lub coś, co ma spełniać jej funkcję. Zapytaliśmy więc prof. Pupkę, czy może to spowodować jakieś negatywne skutki dla naszego organizmu – np. „złapanie” przeziębienia bądź pogorszenia objawów wynikających z chorowania chociażby na alergię na pyłki traw i drzew, która zwłaszcza wiosną w znaczący sposób się uaktywnia.

–  W naszych górnych drogach oddechowych znajdują się różne drobnoustroje, z którymi normalnie nasz organizm potrafi sobie radzić, a zatem nie powodują infekcji. Jeśli natomiast będziemy jechali w takiej masce przez dłuższy czas, to stworzy się tam środowisko wilgotne, o podwyższonej temperaturze, co sprzyja namnażaniu się tych drobnoustrojów, obojętnie, jakie one są, i w określonych warunkach jak np. osłabienie układu odpornościowego spowodowane długim i mocnym treningiem, może zwiększyć szanse na złapanie infekcji, zwłaszcza gdy na kolejny trening ubierzemy ten sam szalik lub maskę. Jeśli używamy czegoś wielokrotnego użytku, to powinniśmy wyprać to w detergentach i wystarczy

–  radzi prof. Pupka.

Przy okazji warto mieć świadomość, o czym przypomniał profesor, że istnieją specjalne maski treningowe, które mają ćwiczyć mięśnie oddechowe, a niektórzy uważają, że trening w takiej masce jest czymś zbliżonym do treningu na wysokości, co jednak według profesora Pupki jest głupotą.

– Niektórzy próbują porównywać stosowanie tych masek do treningu na wysokości, który ma zwiększyć ilość czerwonych krwinek, hemoglobiny, podwyższyć wartości wydolnościowe organizmu, a w przypadku treningu z maską tak nie jest, on w żaden sposób nie symuluje treningu wysokościowego

– mówi profesor i dodaje, że generalnie nie zalecałby swoim zawodnikom ćwiczenia w takich maskach, ponieważ według niego korzyści z nich płynące są zbyt małe, by miało sens ich stosowanie.

– Jeśli już trenować w tej masce, to nie podczas intensywnego treningu wytrzymałościowego, tylko podczas spokojniejszych, krótszych treningów. Na pewno jednak nie polecałbym tego komuś, kto jedzie na 150-kilometrowy trening czy inną długą czy mocną przejażdżkę, np. w grupie. Generalnie jestem przeciwnikiem trenowania w maskach, ponieważ nie dostrzegam specjalnych korzyści z tego wynikających – ani nie poprawimy wytrzymałości, ani V02 max. W jakiś drobnych aspektach będzie to działało, ale są one zbyt mało znaczące, abyśmy musieli w tym kierunku iść.

Wróćmy do treningu w dobie koronawirusa. Lekarz kadry narodowej polskich triathlonistów nie odradza treningów w czasie epidemii, jednak zdecydowanie radzi zachować podczas nich zdrowy rozsądek, rozumiany jako m.in. nie nakładanie na siebie zbyt dużych obciążeń.

– Generalnie nie widzę przeciwskazań dla uprawiania sportu podczas epidemii, ponieważ może to działać jedynie prozdrowotnie. Jednak należy pamiętać o pewnych zaleceniach, które najprościej można sprowadzić do jednego kolokwialnego określenia: „Nie przeginać!”. Długie i mocne jednostki treningowe, które jeszcze się na siebie nakładają, powodują okresowy spadek odporności. Nasz układ immunologiczny staje się po prostu słabszy i stajemy się bardziej podatni na różnego rodzaju zakażenia, również wirusem Sars Cov-2. Warto mieć świadomość, że możemy być nim zarażeni i przechodzić to bezobjawowo, ale w przypadku osłabienia organizmu zarażenie może przekształcić się w chorobę – skąpo- lub pełnoobjawową, nie daj Boże z poważnymi powikłaniami

– tłumaczy.

W takich krajach jak Włochy czy Hiszpania zakazano uprawiania aktywności fizycznej na zewnątrz między innymi po to, aby nie narażać na dodatkowe obciążenia systemu ochrony zdrowia. W czasie najściślejszej kwarantanny w Polsce, która obowiązywała do 20 kwietnia, minister zdrowia Łukasz Szumowski mówił, że „nie jest to czas na realizację planów treningowych”, ale nie powiedział wprost, dlaczego nie można uprawiać sportu. Wielu z nas miało i wciąż ma co do tego wątpliwości, dlatego warto wziąć sobie do serca to, o czym mówi prof. Pupka.

– Proszę pamiętać o tym, że system ochrony zdrowia jest niewydolny z wielu różnych powodów, nie tylko przez epidemię koronawirusa. Wyłączanie z funkcjonowania określonych grup lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych, szpitali, oddziałów, zamknięcie ich na planowe przyjęcia, powoduje (a ja to wiem) tak dużą niewydolność systemu, że jadąc na rower i mając wypadek musimy się liczyć z tym, że będziemy mieć później kłopoty. Dlatego warto zachowywać ostrożność i niekoniecznie realizować jednostki treningowe z takim zapałem jak przed epidemią

– dodaje.

Profesor przyznał również, że bacznie obserwuje to, jak zawodowi sportowcy radzą sobie z kwarantanną i treningami podczas niej. Jego uwagę zwrócił kolarz drużyny Lotto-Soudal Tomasz Marczyński, które nie dość, że jego zdaniem trenuje rozsądnie, to jeszcze znalazł sobie dodatkowo stymulujące (także jego ciało) zajęcie uprawiania pola w Hiszpanii.

– Tomasz Marczyński opisuje swoje treningi na trenażerze, które objętościowo nie przekraczają półtorej godziny – owszem są intensywne, ponieważ on jest zawodowcem – ale nie sili się na kilkugodzinne sesje treningowe, które są obecnie bez sensu.

Rządowe nakazy i zakazy rządowymi nakazami i zakazami, ale nawet odgórnie stanowione prawo nie zastąpi zdrowego rozsądku. Bo czyż nie jest to dziwne, jeśli amator ma w sobie więcej zapału niż zawodowiec? Warto dać się przekonać, że nawet jeśli teraz uda nam się bez szwanku dla zdrowia wypracować formę życia, to po prostu nie będziemy mieli, gdzie jej wykorzystać, ponieważ wyścigi, zarówno te dla zawodowców, jak i amatorów, zostały tymczasowo odwołane. Cieszmy się więc jazdą na rowerze służącą podtrzymaniu aktywności fizycznej, słuchajmy podczas niej pięknie śpiewających teraz ptaków i podziwiajmy zieleniejące się drzewa. Rower jest przecież przede wszystkim naszą pasją.

Marta Wiśniewska