Fot. BORA-hansgrohe

Jakoś nie mogę się wkręcić w ten kolarski sezon 2020. Kolarskie zimy robią się coraz krótsze, a może ta sofa, z której zazwyczaj oglądam kolarstwo, stała się mniej wygodna, bo ma już swoje lata. Czekam na prawdziwe wyścigi w Europie (z całym szacunkiem dla Majorki, Algarve i Andaluzji) i trochę się martwię, co z Mediolan-San Remo i Tirreno-Adriatico, a przede wszystkim ze Strade Bianche, wszak koronawirus rozprzestrzenia się na Sycylię i Toskanię. To może być ciężki rok dla sportu, pojawiły się głosy, że i igrzyska w Tokio są zagrożone. Oby nie.

Tymczasem siedzę na swojej sofie i oglądam UAE Tour. Nigdy nie przepadałam za wyścigami w krajach arabskich, bo lubię te z historią i z kibicami. Owszem, wyścigi wielbłądów na poboczu szosy mają swój urok, jeszcze bardziej uroczy jest kot arabski (Felis margarita harrisoni), który żyje sobie na pustyni i prawie tam wyginął, oczywiście przez ludzi. Taki jest piękny, że ludzie chcieli mieć go w domu, podczas gdy to zwierzątko jest przystosowane do życia na pustyni. Wiecie, że ma długie futro między poduszkami łap, dzięki czemu nie parzy się, stąpając po gorącym piasku?

Przekotem pustyni okazał się Adam Yates, który na  Jebel Hafeet dosłownie znokautował rywali, w tym Tadeja Pogačara. Młody Słoweniec szalał w Volta a la Comunitat Valenciana, ale on jest jednym z tych kolarzy, którzy wolą niższe temperatury, tak deklarował na Vuelta Espana, gdy wygrywał etapy raczej zimne niż gorące. Podobnie jest chyba z Inurem Zakarinem, pamiętam jego fantastyczną jazdę podczas Tour de Romandie 2015, kiedy wszystkim kostniały stawy, a on wykręcił świetny wynik na czasówce i wygrał całą tygodniówkę.

Czas uderzyć się w piersi. W poprzednim felietonie nieco zbyt beztrosko skreśliłam go z szans na start w igrzyskach w Tokio. Powodem jest oczywiście narodowość – rosyjska, a jak wiadomo Rosjanie mają mocno utrudnioną kwalifikację. Na dodatek kryteria startu zawodników rosyjskich pod flagą olimpijską są dość niejasne, już od czasu igrzysk w Rio de Janeiro. Zakarin najpierw dostał zakaz startu w Rio, a potem mu pozwolono. Raptem dwa dni przed startem, nic dziwnego, że się w Rio nie pojawił. Zawodnik CCC Team nie ma też nic wspólnego z powodem, dla którego Rosja została wykluczona z IO, nie występował w raporcie McLarena, który badał działania rosyjskich służb, oszukujących system antydopingowy WADA. Z prostego powodu. Od 2012 r. Zakarin jest badany tak samo jak setki innych profesjonalnych kolarzy podczas wyścigów UCI, od pięciu lat jeździ w World Tourze i nigdy nie było co do niego choćby cienia podejrzeń, w odróżnieniu od kilku innych ancymonów. Mam nadzieję, że Zakarin na igrzyska pojedzie, a skreślonych zostanie paru innych, mam swoich kandydatów.

Ale nie o Zakarinie pisać miałam, a o Rafale Majce, który na samym starcie sezonu zameldował się jako piąty zawodnik na Jebel Hafeet. Nigdy nie uważałam, że kolarz powinien być w formie przez cały sezon. Są wyjątki, takie jak Alejandro Valverde, który potrafił być w wysokiej dyspozycji od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Inni, jak Chris Froome czy Vincenzo Nibali woleli szlifować formę na konkretne wyścigi. Ich sprawa, ich organizm. Owszem, zawsze podziwiałam niestrudzonego Valverde, choć chyba wiek robi swoje, bo na razie Hiszpan nie błyszczy. Jednak jeszcze bym go nie skreślała.

Ale do rzeczy. Rafał Majka nigdy nie był zawodnikiem, który prezentuje świetną formę cały sezon i wygrywa wszystko. Jego dwie wygrane etapowe na Tour de France 2014 sprawiły, że stał się w Polsce znany, choć ci, którzy interesowali się kolarstwem, śledzili karierę „Zgreda” przynajmniej od 2011 roku, gdy dostał się do ekipy worldtourowej Saxo Bank – Sungard.

Od tamtego czasu wygrał trzy etapy na Tour de France, jeden na Vuelta Espana, dwukrotnie był najlepszym góralem Wielkiej Pętli, wygrał Tour de Pologne, zdobył brązowy medal olimpijski w Rio i stał na podium Vuelta Espana.

Kiedy wygrywał etap na Risoul w 2014 r., ryczałam jak bóbr, bo czekałam na taką chwilę 21 długich lat. Po co o tym piszę? Bo bardzo mnie denerwuje bezmyślne, kanapowe krytykowanie Rafała Majki. W sezonie 2019 Majka zajął szóste miejsce w dwóch wielkich tourach (dwa razy w TOP 10 jako drugi Polak w historii, po Zenonie Jaskule). Poza Tirreno-Adriatico w każdej tygodniówce, jaką przejechał, zameldował się w TOP 10.

Ludzie, doceńcie to. W młodości oglądałam taki dziwny serial, zatytułowany „Es muß nicht immer Kaviar sein”, czyli „Nie zawsze musi być kawior”. W kolarstwie też nie zawsze musi być kawior, czyli zwycięstwa. Doceńmy stabilność, równą formę, solidne wyniki.

Kariera Majki nieubłaganie dobiega końca, ma już 30 lat. Może pojeździ jeszcze z pięć lat, może mniej. Może wygra jakiś etap na wielkim tourze, może nie. Może nie ma – i nigdy nie miał – takiej nogi, by rywalizować z takimi przekotami jak Yates, Pogačar, Carapaz czy Bernal. Ale pokażcie mi polskiego kolarza, który go zastąpi. Może coś przegapiłam.

Obserwuję młodzież. Może mamy przyszłościowego sprintera i klasykowca (Szymon Sajnok), może mamy dobrze rozwijającego się klasykowca (Stanisław Aniołkowski, wciąż w zespole kontynentalnym CCC Development Team) i kilku innych ciekawych zawodników w WT i niższych kategoriach.

Ale czy mamy górala? Jeśli go znacie, napiszcie. A na razie zamierzam cieszyć się każdym miejscem w TOP 10 Rafała Majki na górskich etapach. A może i w wyścigach jednodniowych, tych typowo górskich. Bo czuję, że zaraz będzie posucha i będę mogła tylko powspominać.

Nie napisałam ani słowa o Michale Kwiatkowskim. Dlaczego? To proste, zwyczajnie czekam na Strade Bianche.