Fot. CCC Team

Zacznę od szczerego wyznania: jestem oldskulowcem. Dla mnie sezon kolarski w pełni zaczyna się od Omloop, w końcówce lutego, wszystko przed tym wyścigiem jest takim „przedsezonem”.

Co nie zmienia faktu, że dokładnie ósmego lutego ub. roku CCC Team miał na koncie już trzy zwycięstwa (dwa Patricka Bevina, jedno Grega Van Avermaeta) – dziś mają ich zero. Cóż z tego, że nim – wg moich kryteriów sezon jeszcze się nie rozpoczął – kolarze CCC team zgarnęli połowę swoich trofeów sezonu 2019. Trochę żartobliwie, a może trochę na poważnie właściciel ekipy, Dariusz Miłek wiosną 2019 r. rzucił, że liczy na dwadzieścia zwycięstw. Nie udało się.

Podobnie jak inni polscy dziennikarze nie miałam pretensji do kolarzy, że tylko sześć razy wznosili ręce w geście triumfu (trzy razy uczynił to Greg Van Avermaet). Przypominaliśmy żądnym sukcesu kibicom, że umowa z BMC została zawarta bardzo późno, bo w lipcu 2018, podczas Tour de France. Każdy kolarz, który miał okazję zyskać korzystny kontrakt z inną ekipą, nie czekał na to, co stanie się dalej z BMC.

Został jedynie Greg Van Avermaet, niewątpliwie jeden z najwybitniejszych klasykowców swego pokolenia. Belg, którego zawsze uważałam trochę za buca (na dodatek to on, wraz z Jakobem Fuglsangiem, odebrał złoty medal Rafałowi Majce na igrzyskach w Rio de Janeiro), przy bliższym poznaniu okazał się fantastycznym facetem, z dystansem do siebie i na dodatek bardzo sympatycznym człowiekiem. Nigdy, choćby jednym słowem, nie okazał, jak bardzo ciąży mu presja, którą czuł, będąc w zasadzie jedyną gwiazdą w CCC Team. Robił, co mógł. Dwoił się i troił, by wygrywa.

To nie był najlepszy sezon w jego karierze, jeśli chodzi o zwycięstwa i sukcesy. Właściwie za jedyny poważny można uznać wygraną w trudnym klasyku Grand Prix Cycliste de Montréal, już niemal na koniec sezonu. Co nie zmienia faktu, że został ogłoszony liderem klasyfikacji Wyścigów Jednodniowych UCI 2019. Jak to odczytać. Ano tak, że choć nie wygrywał, w większości startów meldował się regularnie w ścisłej czołówce klasyków. I trzeba docenić to, że był w formie od wiosny do późnej jesieni, niczym Alejandro Valverde.

Greg Van Avermaet nie jest wyjątkowy, w tym, co mu się przydarzyło w ubiegłym sezonie. Podobnie było choćby z Peterem Saganem. Niby zawsze w czołówce, a tego błysku, który pozwala wygrywać brak. Tak bywa w kolarstwie i wielu innych dyscyplinach sportu. I nauczmy się to doceniać. Rafał Majka był w ubiegłym sezonie w TOP 6 dwóch wielkich tourów. Drugi raz w historii polskiego kolarstwa, po Zenonie Jaskule. Jakoś nie odbiło się to szerokim echem. No to pokażcie mi polskiego kolarza – poza Majką – który w najbliższych latach będzie w stanie do tego wyniku choćby się zbliży. Obym się myliła.

Dlatego doceniam stabilną formę Belga, choć wiem, że nie miał łatwo w 2019 r. On sam za bardzo chciał, z kolei jego pomocnicy może chcieli mniej, a może po prostu, tak po ludzku, często nie potrafili mu pomóc. Po wielu zawodnikach CCC Team oczekiwałam w ubiegłym sezonie czegoś więcej, niż tylko oglądania się, „gdzie jest Greg, aha, z przodu” i zostawania w tyle.

Tutaj mała dygresja – nie mogę sobie odmówić. Bardzo często, gdy kolarz się ogląda, jest krytykowany. Sama dziesiątki razy rytualnie krzyczałam do telewizora „jedź, nie oglądaj się” – i w Ponferradzie, i na etapie Vuelta Espana do Fuente De, i w wielu innych sytuacjach. Nie zgadzam się z powielaną po wielokroć tezą, że jak kolarz się ogląda, to znaczy, że odpuszcza. A jak niby zawodnik ma kontrolować sytuację podczas wyścigu, jeśli nie przez oglądanie się, zapytam retorycznie? Po prostu jest oglądanie, które oznacza kontrolowanie sytuacji i oglądanie, które prowadzi do odpuszczenia.

Problem CCC Team w 2019 polegał na tym, że większość zawodników ekipy mentalnie oglądała się za Van Avermaetem pod hasłem: „ja to ja, ale jakby co, to Greg w końcu coś wygra”. I mam nadzieję, że w 2020 takiej sytuacji nie będzie.

Wzmocnienia CCC Team na nowy sezon są sensowne. Matteo Trentin to kolarski kozak (jak on mógł przegrać mistrzostwa świata w Yorkshire – do dziś zachodzę w głowę), Ilnur Zakarin to z kolei kolarski Tatar, jeśli już pozostajemy w kulturze wschodniej. Pewnie nie pojedzie na igrzyska w Tokio (ciągnie się za nim sprawa dopingowa z młodości, do tego jest Rosjaninem), ale co z tego – mam nadzieję, że na wielkich tourach przynajmniej spróbuje wygrać etap. To kolarz, który stał na podium Vuelta Espana, zajął piąte miejsce na Giro, był w TOP 10 Tour de France, ma trzy wygrane etapy wielkich tourów, stać go na wiele.

CCC nie będzie w tym sezonie podczas wielkich tourów niczym Ineos, Movistar czy Jumbo Visma i Mitchelton-Scott. To możemy sobie wybić z głowy. Czy są większe szanse na to, by ktoś się meldował wysoko podczas górskich etapów, a nawet je wygrywał? Oczywiście, że tak. Zakarin, Masnada, Hirt, De Marchi, De La Parte to są kolarze, których stać na wygrywanie w górach. Geschke, Pauwels, Bevin mogą wystąpić w roli doświadczonych uciekinierów. Wreszcie Van Avermaet, który zostanie nieco pozbawiony presji, bo jest przecież Trentin.

A może któryś z Polaków odważy się na jakiś śmiały skok i jazdę do końca. Szymon Sajnok był na ostatnim etapie Vuelta Espana 2019 trzecim sprinterem. Myślę, że szumi mu w głowie zwycięstwo. Mnie też.

Kiedy rozmawiałam z nim w końcu listopada, sprawiał wrażenie człowieka, który zachorował na „gorączkę wielkich tourów”. Nie ma w tym nic złego, wprost przeciwnie. Gdybym była dyrektorem sportowym CCC Team, wzięłabym go do składu na Paryż-Roubaix. W juniorskim wyścigu w 2015 r. był piąty, niech poczuje ten prawdziwy ból w zawodach rangi World Tour.

Bez żadnej złośliwości to piszę, od lat czekam na polskiego kolarza, który radzi sobie na brukach Roubaix, a Sajnok – nie ukrywajmy – rokuje. Może nic z tego nie będzie, ale warto sprawdzić.

Zresztą ten młody kolarz, we wspomnianej rozmowie na koniec sezonu 2019, nie ukrywał, że odpuszcza jazdę na torze i igrzyska w Tokio (może słusznie, może nie, może do toru jeszcze wróci, jak wracali Elia Viviani, Mark Cavendish czy Bradley Wiggins).
W tym sezonie presja, jaką odczuwał Greg Van Avermaet, rozłoży się na wielu innych kolarzy, Trentina, Zakarina, Fausto Masnadę, może nawet na Sajnoka. I to bardzo dobrze. W kolarstwie przemotywowanie bywa równie zabójcze jak brak motywacji. No i potrzebna jest odrobina szczęścia, a tej Van Avermaet akurat w sezonie 2019 nie miał.

Skład CCC na 2020 wygląda dobrze – sporo doświadczonych kolarzy i wielu młodych. To dobrze wróży na przyszłość. Nie wytyczałabym celów w rodzaju: ma być dwadzieścia wygranych, raczej – jeśli wypada mi cokolwiek podpowiadać dyrektorom sportowym polskiej ekipy – skupiała się na „team spirit”. Jedność i poczucie bycia zwartą drużyną, gdzie każdy wie, co ma robić, czyni w kolarstwie cuda.

A CCC Team przydałaby się jakaś fajna wyścigowa historia, bo jeden z moich zarzutów wobec ekipy, to brak wyraźnego charakteru. Nie nada drużynie tego nawet najbardziej sprawna ekipa prasowa (a CCC Team w mediach społecznościowych jest bardzo dobrze prowadzony), muszą to zrobić kolarze. Wiele ekip jesteśmy w stanie określić w zasadzie jednym, dwoma słowami: Lotto Soudal – uciekinierzy, Deceuninck – Quick Step – łowcy zwycięstw, Ineos – najbogatsi, Jumbo-Visma – zorganizowani. O charakterze CCC Team na razie nic powiedzieć się nie da.

Chwycił za to kolor. Pomarańczowego nie było w World Tourze w zasadzie od czasu ekipy Euskaltel-Euskadi. W 2020 w pomarańczowych strojach treningowych widzieliśmy kolarzy Ineos, w kierunku pomarańczowego coraz bardziej zmierzają koszule Team Sunweb (od strony czerwonej), Jumbo-Visma (od strony żółtej), a nawet stroje Bahrain-McLaren. Wszyscy dostrzegli, że ten kolor znakomicie wygląda w telewizyjnych relacjach z wyścigów. Sobie i polskim kibicom życzę, żeby równie znakomicie jak stroje, zaprezentowali się w tym sezonie kolarze CCC Team.