fot. UCI / Graham Watson

Kolarski sezon możemy uznać za rozpoczęty. Co prawda wielu zawodników jeszcze nie zainaugurowało swoich startów w 2020 roku, ale nie przeszkodzi to w tym, aby nieco wybiec w przyszłość. Po zapoznaniu się z trasami dwóch najważniejszych wyścigów etapowych na świecie, czyli Tour de France i Giro d’Italia należy zwrócić uwagę jaki wpływ na rywalizację w nich będzie mieć wyścig ze startu wspólnego podczas Igrzysk Olimpijskich w Tokio.

Wielu kolarzy, trenerów oraz dyrektorów sportowych miało „twardy orzech do zgryzienia” dotyczący planowania startów w 2020 roku. Igrzyska Olimpijskie to wydarzenie, które raz na cztery lata mocno zmienia wygląd kolarskiego kalendarza. Najlepszym przykładem do potwierdzenia tej tezy jest nasz narodowy wyścig Tour de Pologne, który odbędzie się w dniach 5-12 lipca, zamiast terminu w początkowych dniach sierpnia.

Skupmy się na kolarzach walczących o najwyższe lokaty w klasyfikacji generalnej Wielkich Tourów, dla których celem nie będą tylko wyścigi trzytygodniowe, ale również wyścig ze startu wspólnego w Tokio. Odbędzie się on zaledwie 6 dni po zakończeniu Tour de France. Jego główną trudnością będzie podjazd Mikuni Pass (6,8 km; śr. 10,2 proc.; max. 12,6 proc.), a suma przewyższeń wyniesie nieco ponad 4800 metrów. Profil będzie tak jak w Rio de Janeiro premiować górali, być może tym razem z tego w pełni skorzystają ;).

Wspomniana trasa tworzy duży mętlik w głowie tym, którzy chcieliby spróbować powalczyć o zwycięstwo, zarówno w Giro dItalia, jak i w „Wielkiej Pętli”. W 2020 roku przerwa między tymi imprezami to zaledwie 26 dni. Dla porównania w 2019 roku były to 33 dni, a w 2018 roku, przesunięto Grand Départ o tydzień ze względu na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej i przerwa pomiędzy tymi wyścigami wyniosła aż 40 dni. To właśnie, wtedy najbliżej podbicia tych dwóch Grand Tourów byli Chris Froome (pierwszy w Giro i trzeci na Tourze) oraz Tom Dumoulin (drugie miejsce w obu wyścigach).

Oczywiście połączenie tych dwóch startów wraz z dobrym zaprezentowaniem się w wyścigu ze startu wspólnego jest możliwe. Pokazali to w 2016 roku Włoch Vincenzo Nibali i nasz rodak Rafał Majka. Obaj walczyli w klasyfikacji generalnej włoskiego wyścigu, a podczas Tour de France pomagali swoim liderom i walczyli „na etapach” budując swoją formę na wyścig olimpijski. Sprawiło to, że w Rio de Janeiro na szczycie ostatniego podjazdu znaleźli się na czele wraz z Kolumbijczykiem Sergio Henao. Co później się działo na zdradzieckim zjeździe z Vista Chinesa pamiętamy wszyscy.

Nierealne wydaje się, że przy tak wyrównanym poziomie można powalczyć o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej w obydwu tych wyścigach. Najlepszymi rozwiązaniami dla kolarzy specjalizujących się w wyścigach trzytygodniowych na nadchodzący sezon wydaje się wspomniany wyżej przykład Majki i „Rekina z Mesyny”. Innym tokiem przygotowań jest skupienie się na walce o maillot jaune mając nadzieję, że uda się utrzymać formę aż do wyścigu w Tokio.

Z dotychczasowych informacji wynika, że etapem przygotowań do Igrzysk dla Vincenzo Nibaliego, Romaina Bardeta, czy też Simona Yatesa ma być Tour de Pologne, który przypomnijmy odbędzie się podczas trwania „Wielkiej Pętli”. Natomiast chociażby srebrny medalista z Rio de Janeiro Jakob Fuglsang, który wybiera się na włoskie Giro ma pomagać w Tour de France liderowi Astany Miguelowi Ángelowi Lópezowi i zbudować odpowiednią formę na walkę o olimpijskie złoto. Czas pokaże, który tok przygotowań okaże się najlepszy.

Wielu obserwatorów i kibiców wspomina wciąż wyczyn Marco Pantaniego i jego dublet Giro-Tour z 1998 roku. Kolarstwo czeka już 21 lat na kogoś, kto powtórzy ten sukces. Mimo, że wielu wybitnych specjalistów od Wielkich Tourów, takich jak Alberto Contador, Chris Froome, czy też Nairo Quintana próbowało zdobyć ten skalp to wszyscy wracali z tych prób „na tarczy”. Rozpoczęty sezon 2020, moim zdaniem nie przyniesie nam zwycięzcy dwóch najważniejszych Wielkich Tourów w tym samym roku. Będziemy musieli na to poczekać przynajmniej do 2021 roku, ponieważ sezon olimpijski, a co za tym idzie skumulowany kalendarz sprawia, że jest to swoiste „mission impossible”.