Nie, nie i jeszcze raz nie. Jak jest tylko taka fizyczna możliwość, unikam trenażera; zdecydowanie woląc jeździć nawet w zimnie, we wszelakich paskudnych opadach, czy też po tym wszystkim, co jesienią i zimą klei się do roweru i nas samych, doprowadzając po krótkiej nawet przejażdżce do tego, że stajemy się mało atrakcyjni wizualnie. Nawet kosztem prania odzieży, zamarzniętej wody w bidonie i zgrabiałych dłoni, jak tylko mogę, wybieram przestrzeń; jest jednak jedna okoliczność, która skutecznie zniechęca mnie od jeżdżenia po ulicach – wcześnie zapadające ciemności. I ten właśnie czas poświęcam na testowanie cierpliwości, kręcąc w miejscu… na trenażerze.

Gdy w moje ręce wpadł nowy trenażer Elite Direto X, odruchowo zafrasowałem się, bo mimowolnie przypomniałem sobie te liczne godziny, przesiedziane na trenażerze w piwnicznym towarzystwie pająków i mrugającym oświetleniu rodem z niskobudżetowych horrorów, co do przyjemnych rzeczy w żadnym wypadku nie należy. Jednak za testy wziąłem się o tyle chętniej, o ile jeszcze dokuczają pozostałości doznanej kontuzji, więc dość dużym jeszcze ryzykiem jest jeżdżenie po bezdrożach. I to uznać można za niezaprzeczalny walor trenażerów; na pewno są ułatwieniem w przypadku wracania do aktywności po poważniejszych kontuzjach.

O trenażerze Elite Dieto X

  • W pełni interaktywny trenażer Direct Drive, dysponujący łącznością ANT+, FC-E Bluetooth, kompatybilny z aplikacjami działającymi na platformach Android, iOS, MAC oraz Windows, co pozwala na zaprogramowanie treningu, wówczas trenażer sam przeprowadzi zadane symulacje oporów,

  • Trenażer z bezpośrednim przeniesieniem napędu wyposażony został w OTS (optyczny czujnik momentu obrotowego), zapewniający dokładność pomiaru,

  • Wyposażony w zintegrowany pomiar mocy, działający z dokładnością do +/-1,5% w oparciu o 12 punktów pomiarowych,

  • Automatyczne dostosowywanie oporu, z możliwością symulowania podjazdów sięgających do 18%,

  • Generuje moc wyjściową na poziomie 2100W (przy prędkości 40 km/h),

  • Direto X generuje bardzo niski poziom hałasu,

  • Praktyczny ze względów logistycznych; bardzo łatwo jest go rozłożyć i złożyć, co ułatwia jego magazynowanie,

  • Kompatybilny z większością rowerów szosowych oraz MTB, także tych z dłuższymi wózkami przerzutek,

  • Dodana bezpłatna 12 miesięczna subskrypcja na program My E-Training, możliwość łączenia z wieloma platformami treningowymi (Zwift, TrainerRoad, The Sufferfest, Bikevo, Kinomap oraz innymi),

  • Wyposażony w koło zamachowe o wadze 4,2 kg,

  • Bezstopniowy system oporu, co znacznie zwiększa jego wydajność,

  • Bardzo dobra stabilizacja dzięki wysuwanym podporom, która pozwala na przeprowadzenie intensywnych nawet przyspieszeń,

  • Wyposażony w wewnętrzne zabezpieczenie przez zsunięciem paska napędowego,

  • W komplecie podstawka pod przednie koło, oraz 24 miesięczna gwarancja.

Trenażer otrzymałem, co dość oczywiste, ale należy zwrócić uwagę, na porządnie wyglądające opakowanie, dobrze zabezpieczające urządzenie przed transportem. Dwa uderzenia w piszczel później rozpakowałem trenażer (w zestawie nie ma kasety, więc założyłem swoją) i rozpocząłem trwającą dłuższy czas przygodę z testowaniem urządzenia. Oczywiście; uprzednio należało zamocować i rozłożyć podpory trenażera, ale czynności te są bardzo proste i intuicyjne. Zawartość opakowania stanowią też śruby, zasilacz, szybkozamykacz, przejściówki pod sztywną oś i nieczytaną przecież przez nikogo instrukcję. Po wpięciu roweru w trenażer i postawieniu wchodzącej w skład zestawu podstawki pod przednie koło, trenażer jest gotowy do użycia.

Wiele litrów potu później…

Powyżej miejsca, gdzie podpinane jest zasilanie trenażera, znajdują się diodowe kontrolki, potwierdzające pracę trenażera. O ile nie ma sensu pisanie o łączeniu z aplikacją – używać można wielu, przy niemal takim samym sposobie łączenia ich z trenażerem – istotna jest niezawodność i prostota podłączenia. Kalibracja jest jasno opisana w instrukcji, zajmuje chwilę, i już „cieszyć” się można zwiększanym oporem, generowanym przez trenażer.

Tu należy zwrócić uwagę (niezależnie od samej aplikacji, którą „sterujemy” trenażerem) na fakt, iż co do zasady mamy dwie możliwe metody sterowania oporem: w trybie ERG opór ustawiony zostaje na jednym, stałym, dowolnie wybranym poziomie, bez względu, na jakim trybie kasety przeprowadzamy trening; trenażer dba wówczas o to, by niezależnie od ustawionego przełożenia utrzymywać wcześniej zadany opór. Drugi tryb to możliwość symulacji podjazdu; wówczas trenażer dostosowuje się do określonego poziomu podjazdu, niezależnie od przełożenia, jakiego używamy, i by odczuć „zmniejszenie” oporu, należy zmienić przełożenie na lżejsze. I w tym wypadku można przypomnieć o możliwym, generowanym przez trenażer oporze – symulacja podjazdu aż 18% – co w zupełności wystarczy, by po chwili takiej jazdy zatęsknić za mazowieckimi równinami.

Dla mających zacięcie sprinterskie na pewno ważnym spostrzeżeniem będzie to, że przy nawet mocnych szarpnięciach trenażer zapewnia dobrą stabilizację; ani razu nie miałem wrażenia utraty równowagi czy wybicia z tego powodu z rytmu. Niejako z przyzwyczajenia, po spędzeniu kilku zim na dwóch innych trenażerach, pierwsze co zrobiłem, to założyłem słuchawki, bo sprzed trzech lat temu dobrze zapamiętałem, że z dźwiękiem startującego odrzutowca poradzić sobie mogła tylko jakaś stara płyta Slayera, później przesiadłem się na cichszy trenażer, z którego hałasem bez problemu radziły sobie nawet mało przesterowane gitary, a z Direto X… nie potrzeba nawet efemerycznej muzyki smyczkowej, by go zagłuszyć, tak jest cicht. Oczywiście nie to, że za smyczkami bym jakoś specjalnie przepadał, bo ich po prostu, zwyczajnie nie rozumiem, ale potrzebowałem jakieś plastycznej paraleli do porównania. Zważcie też jedną – ważną w przypadku trenażerów – kwestię; jego głośność jest sprawą całkowicie subiektywną oraz uzależnioną od tego, w jakim miejscu, na czym, w jakim pomieszczeniu dany trenażer jest używany. Tu jednak podkreślam – używając go blisko sąsiadów, którzy przed laty przestali mówić mi „dzień dobry” i zgłosili na mnie donos do skarbówki, że używam w piwnicy jakiejś maszyny produkcyjnej – nagle zaczęli się do mnie uśmiechać. Ergo – Direto X jest urządzeniem niesłyszalnym za ścianą. Ciekawe, co powiedzą, gdy po testach wrócę do poprzedniego trenażera…

Zwrócę też uwagę na podawane przez producenta dane oporu maksymalnego. Dobrze prezentują się one w tabelkach, wskaźnikach czy porównaniach trenażerów. Super, mogę mieć opór aż 2100 W… i tak naprawdę, co z tego? Oczywiście, w zależności od Waszego wytrenowania możliwe jest osiągnięcie wysokich cyferek w tym zakresie, ale to 2100 traktować należy jako pewną techniczną granicę, niż pułap, na jakim będziemy trenować.

Nie będę przedstawiał żadnych wykresów, związanych z mocą, generowaną podczas treningów bynajmniej nie z powodu chęci krycia się przed kolegami z szosy, a z prozaicznego powodu powolnego powracania po czteromiesięcznej przerwie, więc siłą rzeczy moje waty przypominają spłaszczony wykres EKG. Na co innego zwróciłem uwagę; na dane, podawane przez sam trenażer oraz przez pomiar, który posiadam w rowerze (w tym wypadu PowerTap). Interesowały mnie ewentualne rozbieżności między wykresami; jednak w tym wypadku wykresy niemalże się pokrywają. Dane z trenażera działają może z minimalnym opóźnieniem – wynikającym pewnie z rezystencji – ale odzwierciedlają praktycznie taki sam wykres, jak dane z pomiaru mocy z pedałów. Zwraca uwagę to, że trenażer minimalnie wolniej reaguje na częste zmiany (jak na przykład przy ćwiczeniu krótkich interwałów) ale opóźnienie w żadnym wypadku nie jest znaczące, a trenażer wyłapuje je wszystkie, nawet te bardzo krótkie. Łączność, zapewniana przez protokoły ANT+ oraz Bluetooth smart jest bezproblemowa, i w przypadku wyznaczenia w aplikacji narzuconego treningu (czy konkretnego oporu) natychmiastowo przenoszone jest z telefonu / komputera na trenażer. I bez większego znaczenia jest, co chcemy sparować z trenażerem – czy zegarek, czy pasek tętna, czy dowolny licznik rowerowy.

Dokładność pomiaru mocy w trenażerze. To podobny przykład, jak z wcześniej wspomnianym maksymalnym oporem. Błąd w pomiarze rzędu 1,5% jest praktycznie nie do odczucia w żadnej z sytuacji treningowych. Tym bardziej, że posiadając różne pomiary mocy oczywiste jest, że między różnymi producentami mogą występować rozbieżności. Ergo – błąd rzędu 1,5% nie jest w zasadzie żadnym błędem, a i sądzę, że możliwy jest do zweryfikowania tylko w warunkach laboratoryjnych. Miernik kadencji wyświetla dane równie dokładnie, jak pomiar mocy, i co do tego nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń.

Podsumowanie

W mojej ocenie trenażer spełnia oczekiwania i to ze znacznym naddatkiem. Wynika to głównie z mojego podejścia do trenażerów; mniej interesują mnie wszelkie możliwe wodotryski, nowinki, usprawnienia, protokoły łączenia, wszystkie możliwe przekazywane przez niego cyferki, niż sama możliwość mocnego upodlenia się na nim. A jako tak postrzegane narzędzie; do ugotowania mięśni i zaplucia kierownicy z wysiłku – Direto X jest narzędziem rozbudowanym aż nadto. Sama praktyczna strona używania; jak zwróciłem uwagę na początku, odczuwam jeszcze skutki kontuzji, więc istotna dla mnie też była łatwość wpinania roweru. Z tym też nie miałem najmniejszego problemu, mając nie do końca sprawny bark; a co za tym idzie – nawet dla osób niespecjalnie silnych, ale sprawnych, wpięcie roweru nie będzie stanowiło najmniejszego problemu (przypomnę w sumie rzecz oczywistą, ale niezbędną – pamiętajmy o założeniu odpowiednich dystansów przed wpięciem samego roweru). Dla mnie, czyli osoby o posturze zdecydowanie nieprzypominającej górala znaczenie ma też stabilizacja trenażera. I jeśli ktoś świadomie nie będzie chciał się na nim przewrócić na bok; to podczas zwykłych, nawet bardzo intensywnych treningów i interwałów żadne niebezpieczeństwo mu nie grozi.

Więcej na: www.elite-trenazery.pl

Poprzedni artykułRiccardo Minali w Nippo Delko One Provence
Następny artykułMichał Pustuła zawodnikiem Sparty Praga
Sławomir Niciński
"Master of disaster" Z wykształcenia operator saturatora; brak możliwości pracy w wyuczonym zawodzie rekompensuję jeżdżąc rowerem i amatorsko się ścigając, bardzo lubię też o tym pisać. Rytm tygodnia, miesiąca i roku wyznacza mi rower. Lubię się ścigać, i gdy jakiś wyścig mi nie wyjdzie, to wśród kolegów-kolarzy mówię, że jestem redaktorem sportowym, a gdy jakiś tekst mi nie wyjdzie, wśród redaktorów mówię, że jestem kolarzem-amatorem. I tylko do teraz nie rozgryzłem, czy bardziej lubię się ścigać, czy też pisać o tym, dlatego nadal zamierzam czynić i jedno i drugie, póki starczy sił.