fot. Le Tour / Presse Sports

We wtorek 19 listopada na cmentarzu w Saint-Léonard-de-Noblat, niedaleko Limoges, spoczął Raymond Poulidor, legenda francuskiego kolarstwa. Zmarł w środę 13 listopada w wieku 83 lat, po miesięcznym pobycie w szpitalu, do którego trafił z powodu osłabienia organizmu. Niebieski peleton wzbogacił się o kolarza będącego symbolem ery czarno-białych fotografii, nieistnienia mediów elektronicznych i społecznościowych, w której od pieniędzy i punktów do rozmaitych rankingów bardziej liczyły się charyzma i bohaterstwo. Doceniano nie tylko zwycięzców, ale także przegranych, którzy walczyli do ostatniej kropli potu, dosłownie ramię w ramię, a gdy zsiadali z rowerów byli sympatycznymi, zwyczajnymi ludźmi. “Poupou” stanowił uosobienie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – czasów Eddy’ego Merckxa, Jacquesa Anquetila, Louisona Bobeta, Bernarda Hinault, ale także jego samego. 

Raymond Poulidor urodził się 15 kwietnia 1936 roku w Masbaraud-Mérignat. Był synem rolników Martiala i Marii. Sam także musiał pracować w polu, ponieważ w biednym regionie, w którym zamieszkiwali, niezbędna była każda para rąk do pracy. W związku z tym, w wieku 14 lat zakończył edukację, choć później chciał ją kontynuować. Zaznawszy trudu pracy w polu, dziennikarzom podczas trwania kolarskiej kariery mówił, że nawet jeśli nie wygrywa, to i tak uważa siebie za szczęściarza, ponieważ nie musi dłużej zarabiać na życie będąc rolnikiem.

Poulidor pierwszy rower dostał w wieku 14 lat, od właściciela lokalnego sklepu rowerowego, a ścigać zaczął się dwa lata później, razem z dwoma ze swoich trzech braci. Kolarstwem zainteresował się czytając gazetę Miroir-Sprint, którą podarował mu szkolny nauczyciel. Początkowo ukrywał swoje nowe zajęcie przed matką, która obawiała się niebezpieczeństwa jakie niesie za sobą uprawianie tej dyscypliny sportu.

Profesjonalnym kolarzem stał się w 1960 roku. Najważniejszym i najbardziej prestiżowym wyścigiem dla kolarza każdej narodowości jest Tour de France. Dla Francuzów zaś (jeśli w ogóle można sobie to wyobrazić) jest on czymś jeszcze większym, wyjątkowym, magicznym… i nie inaczej było w przypadku Raymonda Poulidora. W Wielkiej Pętli startował czternaście razy i pomimo że aż osiem razy stanął na podium (był trzy razy drugi i pięć razy trzeci), to nigdy nie udało mu się wspiąć na najwyższy jego stopień, ani także choćby na jeden dzień założyć legendarnej maillot jaune – żółtej koszulki lidera klasyfikacji generalnej.

Paradoksalnie to właśnie stało się jego znakiem rozpoznawczym. Szybko zyskał przydomek “wiecznie drugi”. Pokochały go tłumy kibiców, zwłaszcza tych ze środowisk wiejskich. Jego styl ścigania, pełen odwagi i braku kalkulacji, znakomicie kontrastował z laboratoryjnym podejściem Jacquesa Anquetila, który kupił z kolei serca mieszczuchów. Poulidor był tak ważną postacią dla Touru, że chociaż nigdy nie jechał w “żółtku”, to nagrano o nim krótki materiał video z okazji setnej rocznicy najbardziej rozpoznawalnego na świecie trykotu. – Nazywam się Raymond Poulidor, osiem razy stałem na podium Tour de France i ani razu nie założyłem maillot jaune – przedstawia siebie słynny Francuz, i dodaje: – Od moich pierwszych wyścigów przypięto mi łatkę gwiazdy. Nie wygrałem niczego. Byłem opłacany lepiej niż ci, którzy zwyciężali – dodaje.

To, że jego łupem nigdy nie padła klasyfikacja generalna Tour de France, nie oznacza, że Raymond Poulidor nie wygrywał. Wręcz przeciwnie. W trakcie swojej jasnej i bezprecedensowej kariery, ponad sto osiemdziesiąt razy unosił ręce w geście triumfu. W jego dorobku znajduje się między innymi etapowe zwycięstwo w dziewiczym dla niego Tour de France 1962 (do którego przystąpił ze złamanym palcem!), kiedy to wygrał alpejski etap z pięcioma przełęczami na trasie, a do mety dojechał z trzema minutami przewagi. Ponadto ręce w geście triumfu unosił chociażby w mistrzostwach Francji, Mediolan-San Remo, Walońskiej Strzale, Paryż-Nicea oraz w hiszpańskiej Vuelcie, i jest to jego jedyne zwycięstwo w karierze w wielkim tourze. Czyż wobec tego przydomek éternel deuxième nie wydaje się przypadkiem niesprawiedliwy?

Tak jak metaforę żółtej koszulki chętnie stosują nawet ci, którzy na co dzień z kolarstwem niewiele mają wspólnego, tak i dla Francuzów Raymond Poulidor to nie tylko cyklista, ale także ktoś wiecznie drugi. Idąc tym tropem, byłego premiera kraju nad Sekwaną Michela Rocarda, który w swojej politycznej karierze nigdy nie zdołał zostać prezydentem, okrzyknięto Poulidorem polityki.

Raymond Poulidor na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich sympatyków kolarstwa. Od chwili, gdy dowiedziałam się o jego śmierci, przed oczyma mam obraz stojącego na podium w Brukseli “Poupou” wręczającego żółtą koszulkę Mike’owi Teunissenowi, który przewodził klasyfikacji generalnej po drugim etapie. Robił to, ponieważ był jej ambasadorem. Tak, był ambasadorem, mimo że nigdy jej nie założył. Przez większą część kolarskiej emerytury chodził jednak w żółtej koszulce polo, do złudzenia przypominającej tę kolarską. Teraz pozostaje mi tylko żałować, że nie znam francuskiego, że nie mogłam i nie miałam czasu “zagadać”, albo chociaż zrobić sobie pamiątkowej fotografii. W takich momentach człowiek przestaje bowiem być dziennikarzem i staje się wyłącznie pasjonatem.

W wyobraźni majaczy się także czarno-białe zdjęcie z podjazdu pod wygasły wulkan Puy de Dôme w Tour de France 1964. Poulidor, łokieć w łokieć, walczył wówczas z kimże by innym, jak nie z Anquetilem. Ponad dwie dekady później, gdy jeden z jego największych sportowych rywali leżał na łożu śmierci, odwiedził go i powiedział mu, że znowu będzie drugi.

Repose en paix, Monsieur Raymond Poulidor.

Marta Wiśniewska