Fot. Astana

Vincenzo Nibali, który od przyszłego sezonu będzie reprezentował barwy amerykańskiej drużyny Trek-Segafredo, wyraził zadowolenie z trasy, jaką Mauro Vegni i spółka zaplanowali na przyszłoroczną edycję wyścigu Giro d’Italia. Włochowi wydaje się bardziej zbalansowana, a co za tym idzie, lepiej odpowiadająca jego umiejętnościom. 

“Rekin z Messyny” był nieobecny podczas czwartkowej prezentacji trasy wyścigu Giro d’Italia, ponieważ udał się do Wisconsin na spotkanie ze swoim nowym zespołem. Chociaż jego plan startowy nie został jeszcze sfinalizowany, to wszystko wskazuje na to, że Nibali wystartuje w Giro, a następnie będzie budował formę przed IO w Tokio.

W tegorocznej edycji Corsa Rosa Nibali uplasował się na drugim miejscu w klasyfikacji generalnej, za Richardem Carapazem. Trasa była zaplanowana tak, że do końca drugiego tygodnia rywalizacji zawodnicy nie zmagali się z podjazdem wyższym niż 1000 m.n.p.m. Tym razem pierwszy szczyt na podjeździe zaplanowano już piątego dnia rywalizacji.

– W porównaniu do poprzedniej edycji, ta wydaje mi się lepiej zaprojektowana jeśli idzie o moją charakterystykę, jest bardziej zbalansowana. Podoba mi się to, że finisz na podjeździe będzie w pierwszej części wyścigu, czyli coś, czego nie było w 2019 roku

– powiedział Nibali w rozmowie z dziennikiem “La Gazzetto dello Sport”.

Mowa o etapie z metą na wulkanie Etna, która to znajdowała się na trasie w 2017 i 2018 roku, z tym że wtedy podjazd ten atakowano od innej strony. Teraz wspinaczka rozpocznie się w miejscowości Linguaglossa i zakończy się w Piano Provenzana. Będzie miała długość aż 18,2 km, średnie nachylenie będzie wynosiło 6,8 proc., zaś maksymalne 11 proc.

– Być może pokonywałem ten podjazd podczas treningu, ale nie jestem pewien. Etnę można podjeżdżać z wielu różnych stron i niektóre z nich są ukryte, ale na papierze etap ten wygląda na interesujący

– uważa Nibali.

Tym zaś, co dwukrotnemu zwycięzcy Giro nie do końca się podoba jest jazda indywidualna na czas na ostatnim etapie w Mediolanie. Nibali powiedział co prawda, że “jako kolarz wolałby, aby ostatni etap był inny”, ale generalnie nie robił dużego problemu z tego, że w sumie aż trzy etapy będą samotną walką z czasem. Jak sam zauważył, w 2019 także było dużo kilometrów jazdy na czas, a pomimo to – jak wiemy – zajął znakomite drugie miejsce.

Chociaż w drugim tygodniu jest kilka odcinków, które mogą znacząco wpłynąć na losy klasyfikacji generalnej, to największe górskie molochy “spakowano” w trzecim tygodniu, kiedy to kolarze będą pokonywali m.in. Colle de’Agnello, gdzie Nibali przypuścił w 2016 roku akcję po tym, jak w zaspę śnieżną wpadł lider wyścigu – Steven Kruijswijk. Ponadto do przejechania będą takie legendarne przełęcze jak Stelvio (na osiemnastym etapie) czy Col d’Izoard (przedostatniego dnia).

– Na papierze jest to teren również dla takich ataków jak ten Froome’a w 2018 roku, kiedy przewrócił Giro do góry nogami atakując na Finestre 80 km przed metą. Wszystko może się zdarzyć

– zakończył Nibali.