fot. ASO / Thomas Colpaert

Brak legendarnych podjazdów jak Mont Ventoux czy Alpe d’Huez, ale za to obecność wielu innych bardzo wymagających szczytów, pagórkowatych i krótszych etapów. Tak w wielkim skrócie prezentuje się trasa Tour de France 2020. Dyrektor Christian Prudhomme mówi, że jego wyścig musi dostosować się do współczesnej publiczności, przełączającej nieustannie telewizyjne kanały i niechętnej do zainteresowania się na poważnie czymkolwiek.

Literaci wiedzą o tym, że najtrudniej jest zdać egzamin drugiej książki, jeśli pierwsza stała się bestsellerem. Autorzy trasy wyścigu Tour de France stanęli przed podobnym wyzwaniem po tegorocznej edycji, w opinii wielu najbardziej emocjonującej od dziesięcioleci.

Sprostać temu zadaniu organizatorzy spróbują między innymi planując górskie etapy już podczas pierwszych dni rywalizacji, proponując kolarzom nowe dla wyścigu podjazdy czy ograniczając liczbę kilometrów jazdy na czas, i w dodatku sytuując ją na ostatnim decydującym o losach klasyfikacji generalnej etapie.

– Naszym zamiarem nie było utrudnienie trasy, ale jej zróżnicowanie. W związku z tym mamy szczęście, że wystartujemy z Nicei, dopiero po raz siódmy w historii wyścigu. Kiedy wypowiadasz nazwę tego miasta, masz na myśli morze, ale będziemy także u podnóża Alp, blisko wszystkich francuskich pasm górskich. Stamtąd udamy się w kierunku Masywu Centralnego, Sewennów, Pirenejów, następnie wrócimy do Masywu Centralnego, Jury, Alp i Wogezów. Pomysł jest taki, aby uczynić rzeczy tak zróżnicowanymi, jak to tylko możliwe

– wyjaśnił Prudhomme.

Jedną z największych nowości przyszłorocznej edycji Touru będzie brak finiszów etapów na pirenejskich lub alpejskich podjazdach. W tym roku tylko dwa odcinki rozegrano w Pirenejach i żaden z nich nie kończył się wspinaczką. W rezultacie już latem przyszłego roku lepiej poznamy takie przełęcze jak Col de la Loze (2300 m.n.p.m., taka francuska Cima Coppi), Col de Marie-Blanque lub Plateau des Glières.

– Bardzo się cieszę, że będziemy mieli finisze na podjeździe w trzech różnych pasmach górskich i ani razu w Alpach czy w Pirenejach. Chcemy szukać nowości. Te miejsca są znaczące, ciężkie, piękne i posiadają bardzo strome nachylenia. Mamy wszystko, co potrzebne, aby rozegrała się wielka batalia

– dodał dyrektor wyścigu Tour de France.

A czy ktoś w tym pościgu za atrakcyjnością pamiętał o sprinterach?

– To nie jest tak, że jest mniej etapów dla sprinterów, ale są one rozrzucone. w pierwszym tygodniu będą szanse, aby najszybsi kolarze w peletonie powalczyli o etapowe zwycięstwo, ale nigdy taka sytuacja nie będzie miała miejsca dwa razy z rzędu

– odpowiada Francuz.

Słychać już głosy, że to będzie wyścig dla kolarza, u którego nie będzie najważniejsza umiejętność szybkiego wjeżdżania na katorżnicze przełęcze, ale ta polegająca na utrzymywaniu wysokiej dyspozycji i szybkiego regenerowania się przez całe trzy tygodnie. Jeśli to trasa średnio górska, ale z kumulacją eksplozywnych wysiłków, zakończona czasówką na nie mniej dynamicznym La Planche des Belles Filles, to kolarscy konserwatyści muszą przechodzić na liberalizm.

W powietrzu wisi również pytanie, jak ważna będzie na tej trasie rola drużyny? Czy podoła jej nieco zmieniona INEOS, z powiewem świeżej krwi w osobach Egana Bernala i Ivana Sosy, a może zbrojąca się Jumbo-Visma, z Tomem Dumoulinem, Primozem Roglicem i Stevenem Kruijswijkiem w składzie pretendująca do największej siły w peletonie.

Odpowiedź poznamy już 19 lipca 2020 roku, a nawet 18 lipca, przed etapem przyjaźni na Polach Elizejskich w Paryżu.