Fot. Marek Bala / naszosie.pl

Szwajcarski sąd zadecydował: Casper Semenya nie obroni tytułu mistrzyni świata. 

Tyle fakty. 

„Co o tym myślicie?”, „Jak oceniacie decyzję sądu?”, „Zgadzacie się z tym?” – to już polskie serwisy informacyjne, na swoich profilach społecznościowych. 

Czytam te wpisy i przecieram oczy ze zdumienia. „Jak oceniacie decyzję sądu?”. Naprawdę? Można w ogóle wpaść na pomysł, żeby wynik wielowątkowej sprawy, opartej o skomplikowane badania genetyczne i niekończące się dyskusje specjalistów od fizjologii, genetyki i prawa, poddać ocenie zaspanego Kowalskiego, który sącząc nad ranem pierwszą kawę podzieli się ze światem swoją refleksją na ten temat? Okazuje się, że można. Pozostaje pytanie: po co?

W pewnym sensie odpowiedź jest oczywista: czym więcej wyrazów oburzenia, komentarzy i udostępnień, tym lepsze wyniki danego serwisu. W pewnym sensie też to rozumiem, chociaż przez ponad dwie dekady pracy w mediach z żalem obserwowałem, jak z każdym dniem coraz głębiej wchodzimy w ślepą uliczkę. Wciąż jednak nie wiem, czy już dotarliśmy do ściany, czy musimy zadać jeszcze trochę tego typu niemądrych pytań?

Dlaczego piszę o tym wszystkim w felietonie dla kolarskiego portalu? Bo w gruncie rzeczy w kolarstwie robimy dokładnie to samo: zamiast tłumaczyć ludziom niuanse tej dyscypliny, wciąż zachęcamy ich do tego, żeby dyskutowali z faktami. Efekty są raczej opłakane, bo dzisiejsza „wiedza” przeciętnego kibica o dyscyplinie, która go ponoć pasjonuje, to na ogół przegląd wydumanych teorii, półprawd i pomówień. Czasem ktoś błyśnie znajomością statystyk, ale ze świecą szukać ludzi, którzy potrafiliby spokojnie i rzeczowo wyjaśnić, na czym to wszystko tak naprawdę polega.

Dostałem wczoraj kilka wiadomości: „co myślisz o decyzji Kwiatka o wycofaniu się z Tour de Pologne?”. Otóż nic nie myślę. Nawet nie widzę powodu, żeby się nad tym zastanawiać, bo przecież to on wie najlepiej, w jakiej jest formie. To on ma do dyspozycji wszystkie dane na temat swojej wydolności, i to na ich podstawie podejmuje decyzje. I nie znajduję w sobie ani jednego powodu, żeby jego decyzję recenzować, bo nie widzę najmniejszego sensu w dyskutowaniu z faktami. Mogę tę decyzję albo uszanować, w przekonaniu, że zrobił to, co dla niego najlepsze, albo po prostu przestać się tym interesować. Ale nie czuję się kompetentny do tego, żeby ją w jakikolwiek sposób oceniać. To nie jest moja rola. Moją rolą jest opisywanie faktów, a nie podejmowanie z nimi dyskusji. 

Owszem, mogę sobie podywagować o tym, że pewnie teraz rywalizacja w Tour de Pologne będzie wyglądała nieco inaczej, niż się spodziewałem. Że może nie będzie dla polskich kibiców tak pasjonująca, jak mogła by być, gdyby Kwiatkowski walczył z Majką. Że może w wyniku tej decyzji więcej uwagi poświęcimy kolarzom CCC. To wszystko przed nami, tego wszystkiego jestem ciekaw, o tym myślę i nad tym się zastanawiam. Ale wszystko to są zupełnie innego rodzaju pytania. 

Warto mieć świadomość, że za każdą decyzją stoi mnóstwo przesłanek, o których nie mamy pojęcia ani my, dziennikarze, ani tym bardziej kibice. Warto próbować je zrozumieć. Warto tłumaczyć je wszystkim, których to naprawdę interesuje. Ale pytać o ich ocenę? Nie sądzę, żeby to była nasza rola. 

Czasy, w których o losie gladiatora decydowała liczba uniesionych w górę kciuków, bezpowrotnie minęły, nawet jeśli facebookowa „łapka” trochę nam ten plebiscyt przypomina. Najwyższa pora na zadawanie mądrzejszych pytań i adresowanie ich do tych, którzy mogą udzielić rzeczowych odpowiedzi. Albo jako dziennikarze, blogerzy, influencerzy, czy – jak to się szumnie nazywa – „liderzy opinii”, przestaniemy być w ogóle potrzebni. O ile jeszcze jesteśmy.