fot. ASO / Paulinne Ballet

Ostateczną rywalizację w Alpach rozpocznie liczący aż 208 km etap z Embrun do Valloire. Co prawda mety nie zaplanowano na podjeździe, ale dwie legendarne przełęcze kategorii HC Col d’Izoard i Col du Galibier wraz “jedynką” Col de Vars zapewnią spektakl, na jaki czekają wszyscy kibice.

Osiemnasty etap będzie rozgrywany na wysokości powyżej dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza. Kolarze wjadą w to rzadkie i utrudniające ściganie powietrze już podczas wspinaczki na Col de Vars (9,3 km; 7,5%). Będzie to zatem jeden z szumnie (i słusznie) zapowiadanych przed wyścigiem etapów-molochów. W takich warunkach, na takich podjazdach i w trzecim tygodniu wyścigu kryzys może dopaść każdego zawodnika, w najmniej spodziewanym momencie.

W taki właśnie sposób wielkie toury, a zwłaszcza Tour de France, wybierają na zwycięzców sportowców zbliżonych do cyborgów. Jeszcze nie całkiem cyborgów, ale już prawie. Sam dyrektor Tour de France Christian Prudhomme przyznał, że rzadkością w zarządzanym przez niego wyścigu jest to, aby przy okazji aż trzech górskich premii “wdrapywać” się na magiczną wysokość ponad dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza.

Col d’Izoard liczy 14,1 km długości, a jego średnie nachylenie wynosi 7,3%. Najłatwiej będzie w pierwszej połowie wspinaczki, zaś druga nie będzie wybaczała słabości, bowiem na aż trzech odcinkach gradient będzie wahał się od 9,5 do 10%.

Po prawie dwudziestokilometrowym zjeździe peleton znajdzie się w Briancon, w której to miejscowości rozpocznie się aż 23-kilometrowa wspinaczka na mityczną przełęcz Col du Galibier. Najtrudniejszych jest zdecydowanie 7 ostatnich kilometrów z maksymalnym nachyleniem wynoszącym 9%. Dane tego podjazdu być może nie zwalają z nóg, ale długość, wysokość oraz fakt, że w nogach będą trzy inne górskie premie, wpłyną na ogromny trud, z jaką zawodnicy będą mieli do czynienia na początku alpejskiego tryptyku.

 

Z Col du Galibier nastąpi karkołomny, ponieważ bardzo stromy zjazd do Valloire, dlatego bardzo mało prawdopodobne jest to, że ci, którzy stracą na podjeździe, doszlusują na zjeździe. Zwycięzcą w tej tradycyjnej francuskiej wiosce położonej u podnóża wielkiego szczytu będzie zatem góral z krwi i kości, potrafiący dobrze jeździć zarówno po szosie wznoszącej się, jak i opadającej.

Z Embrun Tour de France wyruszał ostatnio w 2017 roku i wówczas w Salon-de-Provence triumfował Edvald Boasson Hagen. Był to jednak zupełnie inny odcinek niż ten, który będziemy mieli przyjemność podziwiać w czwartek 25 lipca.

Pełna zapowiedź wyścigu Tour de France 2019 > TUTAJ.

Analiza trasy wyścigu Tour de France 2019 > TUTAJ.

Plan transmisji telewizyjnych > TUTAJ