fot. ASO / Pauline Ballet

Dla fanów kolarstwa Boże Narodzenie odbywa się w lipcu. Od 6 do 28 dnia tego miesiąca potrwa sto szósta edycja wyścigu Tour de France, która z uwagi na bardzo trudną trasę zapowiada się na jedną z najbardziej emocjonujących w ostatnich latach. Warto zatem zapoznać się z etapami, które wyłonią kolejnego zwycięzcę – kolarza, którego kariera zostanie zdefiniowana na wieczność. 

Grand Départ w Belgii to ukłon w stronę kolarza wszech czasów i pięciokrotnego zwycięzcy Tour de France – Eddy’ego Merckxa. Trasa pierwszego, liczącego 194,5 km etapu, który rozpocznie się i zakończy w Brukseli, prowadzi obok domu “Kanibala” w Woluwé Saint-Pierre, a także zapewnia przejazd przez dwa słynne dla wyścigu Ronde van Vlaanderen podjazdy: Muur van Geraardsbergen i Bosberg. Zaplanowano je w pierwszej części etapu, dlatego w stolicy Belgii niemal pewny jest sprinterski finisz, a co za tym idzie, żółta koszulka zawiśnie na ramionach bardzo szybkiego kolarza. Elii Vivianiego? Caleba Ewana? Okaże się niebawem. Już teraz pewne jest jednak to, że będzie bardzo nerwowo. Inauguracja wyścigu etapem ze startu wspólnego po belgijskich, pełnych utrudniającej kolarzom życie infrastruktury drogowej, oraz żądza założenia maillot jaune zbierze swoje żniwo.

Drugi etap jazdy drużynowej na czas będzie ostatnim, który w całości zostanie rozegrany w Belgii. Do pokonania będzie prawie 28 km po pagórkowatej i wymagającej technicznie trasie wokół Brukseli. Oznacza to, że drużyny mające w swoich składach kolarzy walczących o wysokie lokaty w klasyfikacji generalnej będą musiały mieć się na baczności. Ta sztuka nie będzie łatwa z uwagi na trasę oraz na to, że jazda drużynowa na czas jest trudną kolarską dyscypliną – i jak wiadomo – nie każda drużyna radzi sobie z nią na tyle dobrze, by nie ponosić znaczących strat. Dowodem niech będzie ubiegłoroczna drużynowa “czasówka” rozgrywana wokół Cholet, na której ponad minutowe straty do drużyny późniejszego zwycięzcy Gerainta Thomasa Sky (obecnie INEOS) poniosły m.in. zespoły AG2R, UAE Team Emirates i Bahrain-Merida.

Podczas trzeciego etapu z Binche do Épernay (215 km) swoją szansę otrzymają tzw. puncheurs, czyli szybcy i eksplozywni zarazem kolarze. Tacy jak Julian Alaphilippe (Deceuninck-Quick Step) czy pierwszy w historii mistrz Hiszpanii i jednocześnie mistrz świata Alejandro Valverde (Movistar). Na ostatnich 45 km umieszczono cztery niewielkie podjazdy, a na metę będzie prowadziła 500-metrowa ścianka o średnim nachyleniu 8%.

Pierwszy poważny górski test dla kolarzy startujących w sto szóstej edycji Tour de France nadejdzie szóstego dnia rywalizacji. Wówczas do pokonania będzie liczący 160,5 km etap w Wogezach – z Mulhouse do La Planche des Belles Filles. La Planche des Belles Filles to podjazd będący częstym gospodarzem finiszu pierwszotygodniowego etapu, ale tym razem kolarze dojadą do niego mając w nogach sześć górskich premii – po dwie trzeciej, drugiej i pierwszej kategorii. Dodatkową trudność będzie stanowił fakt, że projektanci trasy postanowili dodać do tego podjazdu około 1000 metrów szutrowego odcinka. To La Planche des Belles Filles, jakiego nie znamy.

Zanim nadejdą kolejne górskie etapy, bardzo ważnym w kontekście losów ogólnego zestawienia będzie trzynasty etap jazdy indywidualnej na czas wokół Pau. Będzie to jedyny w wyścigu etap samotnej walki z czasem. Łączna liczba kilometrów jazdy na czas w tegorocznym wyścigu Tour de France będzie wynosiła 55 km – to mało w porównaniu do poprzednich edycji. Pierwsza część tej “czasówki” prowadzi pod górę, zaś powrotna droga do Pau jest raczej pagórkowata.

Bezpośrednio po etapie jazdy indywidualnej na czas nastąpi górski moloch w Pirenejach, czyli odcinek z metą na legendarnym Tourmalet – dla kolarzy będzie to powitanie z rzadkim, górskim powietrzem, ponieważ po raz pierwszy wjadą na wysokość powyżej dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza. Ten, kto po liczącej 19 km wspinaczce o średnim nachyleniu 7,4% dotrze na szczyt, otrzyma nagrodę Jacquesa Goddeta – francuskiego dziennikarza sportowego i dyrektora wyścigu Tour de France w latach 1936-1986. Kto poprzedniego dnia poniesie starty w “czasówce”, otrzyma pierwszą szansę na ich odrabianie. Nairo Quintana?

Na zakończenie wyścigu i jednocześnie rywalizacji w klasyfikacji generalnej, kolarze zmierzą się z piekielnie wymagającym alpejskim tryptykiem, czyli etapami osiemnastym, dziewiętnastym i dwudziestym.

Na trasie odcinka numer osiemnaście znajdują się trzy bardzo znane i jednocześnie piekielnie trudne, ponieważ położone powyżej 2000 m.n.p.m., przełęcze – Col de Vars, Col d’Izoard i Col du Galibier. Najtrudniejszym z tych trzech podjazdów jest Izoard (kat. HC), który liczy 14,1 km długości i 7,3% nachylenia. Najbardziej da się we znaki dziewięć ostatnich kilometrów, po których nastąpi karkołomny zjazd do Valloire. Łączny dystans tego etapu wynosi 208 km.

Na dziewiętnastym etapie wyścig osiągnie coś, co w Giro d’Italia nazywa się Cima Coppi, czyli najwyższy punkt, dach. Będzie miało to miejsce Col de I’Iseran, szczycie położonym na wysokości 2770 m.n.p.m. Kolarz, który wjedzie tam jako pierwszy otrzyma nagrodę Henri Desgrange’a, czyli pomysłodawcy Touru. Warto też zwrócić uwagę na dystans tego odcinka, bowiem wynosi on tylko 126,5 km, a zatem zanosi się na szybkie i eksplozywne ściganie.

W dwudziestym dniu wyścigu kolarze nadal będą znajdowali się w górach, ale charakterystyka etapu z Albertville do Val Thorens (130 km) nieco różni się od poprzednich dwóch części alpejskiego tryptyku. Właściwie od startu rozpocznie się niemal 20-kilometrowa wspinaczka na Cormet de Roseland o średnim nachyleniu 6 proc., następnie nastąpi zjazd i stosunkowo krótki podjazd drugiej kategorii – Cote de Longefoy. Dziś nie wiadomo, jak w tym dniu będzie wyglądała klasyfikacja generalna, ale jeśli będzie ułożona, to drużynie lidera na zapierającym dech w piersiach podjeździe do Val Thorens, liczącym 33,4 km (!), pozostanie podyktować odpowiadające żółtej koszulce tempo i bronić się do samej kreski. Spoglądając na długość tego podjazdu można pogubić zęby, a potem zbierać je z podłogi, ale jednocześnie należy pamiętać, że podjazd ten zawiera wypłaszczenia, a średnie nachylenie wynosi 5,5%. Tak czy inaczej po dziewiętnastu intensywnych dniach ścigania, z czego wiele na dużej wysokości, ten etap da się we znaki niejednemu.

O ile tegoroczna edycja Giro d’Italia nie pozwoliła zawodnikom pić na ostatnim etapie szampana, fotografować się i prowadzić luźnych dyskusji w peletonie, o tyle taka możliwość jak zazwyczaj pojawi się w Tour de France. I stanie się to zwłaszcza na dojeździe do rund w Paryżu, gdzie zaczyna się walka o ostatnie i niezwykle prestiżowe zwycięstwo na Polach Elizejskich. Fotografii zrobionej na podium usytuowanym na tle Łuku Triumfalnego też przecież niczego nie brakuje. W poprzednim roku tego zaszczytu dostąpił Alexander Kristoff (UAE Team Emirates), który także w tym sezonie zamelduje się na starcie. Jest to tylko jedno “ale”, bowiem będzie musiał przetrwać góry niedające w sto szóstej edycji wytchnienia. Norweg i pozostali sprinterzy będą musieli się mieć na baczności zwłaszcza podczas szybkiego etapu do Tourmalet. Tam grupetto będzie, oj będzie, cierpiało.

Taką oto trasę tym razem zaoferowali kolarzom organizatorzy wyścigu. Poza zadomawiającą się na dobre tendencją krótkich górskich etapów, wygląda to na powrót do korzeni. To mieszanka tradycji z nowoczesnością. Na początku historii drużyny Sky (obecnie INEOS) na dobrej pozycji sytuowały ją edycje z dużą liczbą kilometrów na czas i względnie łatwymi etapami górskimi – podjazdami równymi, na których można było narzucać piekielne dla rywali tempo i unikać kłopotów. Taka sytuacja służyła zwłaszcza kolarzom wywodzącym się z toru (Bradley Wiggins) oraz wczesnemu Chrisowi Froome’owi – piszę wczesnemu, ponieważ kolarz urodzony w Kenii rozwinął się, co po raz pierwszy pokazał uciekając wraz z Maciejem Bodnarem, Peterem Saganem i Geraintem Thomasem na wietrznym etapie do Montpellier w 2016 roku, czy atakując na zjeździe z Col de Peyresourde w tym samym roku. Poprzednio Brytyjczyków chciano zdetronizować wprowadzając bruki, czy redukując liczbę kolarzy w drużynie. Zamierzonego rezultatu jednak nie osiągnięto, bowiem tylko w 2014 triumfował kolarz ubrany w inną niż czarną czy białą koszulkę Sky (Vincenzo Nibali) – warto dodać – po tym, jak po upadku wycofał się Chris Froome.

Czy 2019 jest rokiem, w którym na przekór niespokojnej politycznie Francji na najwyższym stopniu podium wyścigu Tour de France stanie kolarz pochodzący z tego kraju?