A.S.O. / Pauline Ballet

Krótki, dynamiczny i pełen emocji etap na Col du Tourmalet już za nami. Czas na świętowanie pomału się kończy, więc przychodzi moment przemyśleń nad niedzielnym odcinkiem. Proszę uwierzyć, jest o czym myśleć.

Drugi z Pirenejskich odcinków będzie zupełnie inny od pierwszego. Po pierwsze, kolarze będą mieli do pokonania zdecydowanie więcej kilometrów, bo aż 185. Co więcej, także w pionie liczby zrobią się jeszcze konkretniejsze, gdyż przewyższenie przekroczy 4700 metrów. Wszystko za sprawą 4 podjazdów, z czego 3 zostały usytuowane w drugiej części etapu.

Zanim zastanowimy się nad możliwymi scenariuszami, przejdźmy do szczegółów. Na ostatnich niespełna 80 kilometrach będzie bowiem gdzie się ścigać. Najpierw kolarze spróbują swoich sił na doskonale znanym duecie Port de Lers – Mur de Peguere, który po raz pierwszy trafił na trasę Tour de France w 2012 roku. Dlaczego ta data jest tak ważna? Jak wielu z Państwa z pewnością pamięta, to właśnie tam na szosę rozsypano pineski, które wielu zawodnikom poprzebijały koła.

Co więcej, drugi z wymienionych podjazdów był częścią bardzo interesującego etapu w roku 2017. Wówczas po raz pierwszy organizatorzy Tour de France postanowili przetestować krótki, nieco ponad stukilometrowy etap w górach. Port de Lers został jednak zastąpiony przez Col d’Agnes, a cała rywalizacja kończyła się w Foix, gdzie najlepszy okazał się Warren Barguil.

Za trzecim podejściem, Christian Prudhomme i spółka postanowili nieco utrudnić zabawę najlepszym zawodnikom w stawce. Etap nie skończy się bowiem w mieście, a 800 metrów nad nim, w stacji narciarskiej Prat d’Albis. Co by nie mówić, taka poprawka zdecydowanie utrudnia całą rywalizację, co tylko doda wszystkiemu kolorytu.

W tym miejscu warto wstawić małą dygresję. Na “profilowy rzut oka” można odnieść wrażenie, że jutrzejszy odcinek będzie bardzo podobny do 17. etapu TdF 2014, wygranego przez Rafała Majkę dokładnie 21 lat po Zenonie Jaskule w dokładnie tym samym miejscu – Pla d’Adet.

Teraz przyszedł czas na analizę potencjalnych scenariuszy. Zasadniczo, ze względu na fakt usytuowania największych trudności w drugiej części etapu, można założyć, że od peletonu oderwie się dość liczna ucieczka, która zbuduje całkiem dużą przewagę. Trudno jednak wyrokować, czy wystarczy ona do walki o etapowe zwycięstwo.

Jeśli chodzi o faworytów, możliwości jest sporo. Wszystko zależy od tego, kto będzie chciał zyskać jutro dużo czasu. Wydaje się, że najbardziej zainteresowana gonitwą ponownie może być ekipa Movistar, która przy narzuceniu bardzo wysokiego tempa mogłaby wprowadzić Mikela Landę do czołowej “10” klasyfikacji generalnej. To byłoby jednoznaczne z kolejnym dniem rzezi, który mógłby jeszcze bardziej wyklarować czołówkę klasyfikacji generalnej.

Mimo wszystko bardziej prawdopodobny wydaje się być scenariusz, w którym najlepsi górale w stawce nieco spokojniej podchodzą do jutrzejszej rywalizacji. Tym samym możemy spodziewać się stosunkowo licznej grupki jadącej razem do ostatnich kilometrów. W tym wszystkim jest jednak jedno “ale”…

Mur de Peguere. Prawdziwa ściana, ciągnąca się przez całe 3 kilometry. Idealny teren dla Juliana Alaphilippe, ale także doskonałe miejsce do zupełnego wyjechania największych rywali. Jeśli tam liderzy nie będą bali się pokręcić tempa do granic możliwości, wówczas ponownie możemy być świadkami kapitalnego pojedynku, tym bardziej, że na szczycie przedostatniego podjazdu można także zdobyć kilka cennych sekund bonifikaty. Oby właśnie ten scenariusz okazał się prawdziwy.