fot. ASO

Legenda, świątynia, pirenejska piękność – epitetów, jakimi można obsypać Col du Tourmalet jest więcej niż wiele. Już jutro, po raz drugi w historii, peleton Tour de France zakończy tam jeden z etapów, który może zupełnie przewrócić klasyfikację generalną.

Jako ogromny fan Andy’ego Schlecka, co roku przed Wielką Pętlą włączam sobie film The Road Uphill, opowiadający o walce Luksemburczyka o zwycięstwo w Tour de France 2011. Lider ekipy Leopard – Trek zaskoczył wówczas wszystkich niesamowitym atakiem na etapie kończącym się na Col du Galibier, co pozwoliło mu do samego końca walczyć o triumf w całym wyścigu. Co jednak ma to wspólnego z Col du Tourmalet?

Ano to, że Schleck to jedyny zwycięzca etapowy na tej legendarnej przełęczy w najnowszej historii całego wyścigu Tour de France. W 2010 roku, właśnie tam miała miejsce ostatnia bitwa pomiędzy ówczesnym liderem Saxo Banku i drugą z legend, czyli Alberto Contadorem. Co więcej, była to ostatnia górska potyczka w najpiękniejszej Wielkiej Pętli w ostatnich latach. To z kolei idealnie wiąże się z teraźniejszością.

W jaki sposób? Już tłumaczę. Finisz na Tourmalet może być bowiem swoistą klamrą, która zamknie absolutną dominację ekipy Sky/Ineos w Tour de France. W końcu to właśnie na tej górze zakończyła się przepiękna historia pojedynków Contador – Schleck, a jutro może zakończyć się hegemonia Dave’a Brailsforda i jego gwiazd.

Oczywiście nie jest to pewnik. Podczas piątkowej czasówki kapitalnie zaprezentował się Geraint Thomas, który urasta do miana faworyta numer 1 do wygrania całego wyścigu. Wiele jednak zależy od tego, co inni zawodnicy zaprezentują na wysokości. W szczególności warto przyjrzeć się tu takim zawodnikom jak Thibaut Pinot, Enric Mas, Steven Kruijswijk czy wracający do gry Richie Porte oraz Rigoberto Uran.

Teraz spójrzmy na profil trasy, gdyż on także może mieć olbrzymie znaczenie. No dobrze, może nie sam profil, ale długość etapu. Zaledwie 117-kilometrowy odcinek może bowiem być zdecydowanie dynamiczniejszy, przez co też twarde zasady ekipy Ineos wcale nie muszą wejść w życie. Co więcej, usytuowany w połowie podjazd pod Col du Soulor może być idealnym miejscem na wstępną selekcję, która później zamieni się w kompletną rzeź.

Faworyci? W tym miejscu można by było wymienić wszystkich zawodników, którzy liczą się jeszcze w walce o wysokie miejsce w generalce. Co chyba najważniejsze, wydaje się, że tym razem uciekinierzy nie będą mieli wielkiej szansy na dojechanie do mety i nie ukrywam, że po cichu na to liczę. Walka największych gwiazd peletonu na legendarnej górze będzie bowiem przepysznym daniem na sobotni obiad.

Cóż, pozostaje nam jedynie dobrze się wyspać i czekać na fantastyczne emocje. Oby jutrzejszy etap dorównał temu z 2010 roku, kiedy to Andy Schleck zyskał przydomek “the look”, a Alberto Contador do samego końca musiał jadąc na limitach kontrolować Luksemburczyka.

Niech się dzieje!