fot. ASO / Thomas Maheux

Czwarty etap Tour de France już za nami. Tym razem swoją szansę w końcu dostali sprinterzy. Czas na oceny.

Plusy:
Wyspa pośrodku oceanu
Choć wydaje się to dziwne, w pierwszym tygodniu Tour de France była to druga z trzech prawdziwie sprinterskich szans. Należy jednak przyznać, że sprinty są tak ważne dla Wielkiej Pętli, obecność takiego odcinka była więcej niż potrzebna. Tym samym cieszy nas fakt, że mogliśmy tego chłodnego wtorku obejrzeć stosunkowo spokojny etap, zakończony prawdziwym pojedynkiem najszybszych zawodników w stawce.

Tryb “standby”
Oglądając dzisiejszy etap od samego początku można było odnieść wrażenie, że przez cały czas czeka się na wielkie bum. Wszystko za sprawą bocznego wiatru, który przez dłuższy czas nie dawał spokoju kolarzom. Wewnątrz redakcji żartowaliśmy nawet, że grając w Pro Cycling Managera, bardzo szybko spróbowaliśmy go wykorzystać. Skończyło się na niczym, lecz wewnętrzny dreszczyk i niepokój cały czas był obecny.

Oczyszczenie
Kiedy Elia Viviani kończył swój udział w Giro d’Italia bez zwycięstwa etapowego, wielu kibiców było prawdziwie zawiedzionych. Teraz włoski sprinter przeżył prawdziwie oczyszczenie. Kiedy tylko przyszła okazja, odniósł piękne zwycięstwo, zamykając wielką koronę wygranych etapowych.

Minusy:
Bezlitosny czas
Pół żartem – pół serio, szkoda, że czas biegnie tak szybko. Już jutro kolarze staną bowiem na starcie etapu numer 5, który częściowo prowadził już będzie przez Wogezy. Niesamowicie szybko ucieka nam tegoroczne Tour de France, prawda?