fot. Groupama-FDJ

Osiemnasty etap Giro d’Italia, zgodnie z przewidywaniami, przyniósł walkę o koszulkę lidera klasyfikacji punktowej. Jej stary właściciel postanowił jednak oddać ją bez walki. Czas na oceny.

Plusy:
Do upadłego
Szczerze mówiąc, widząc przewagę ucieczki na 100 kilometrów przed metą, nie spodziewaliśmy się, że uda się jej dojechać do mety. No dobrze, zasadniczo zrobił to tylko jeden z harcowników, ale w końcu dało mu to etapowe zwycięstwo w Giro d’Italia! Damiano Cima jak Marcin Sapa, w końcu go nie dogonili. Takie triumfy zawsze cieszą, bo kosztują triumfatorów naprawdę całe siły i moc serca.

Minusy:
Kolarski poker
Choć wyścig się jeszcze nie skończył, Arnaud Demare, nie owijając w bawełnę, zdobył tytuł frajera wyścigu. Inaczej tego nazwać się nie da. Francuz za wszelką cenę nie chciał dopuścić do doścignięcia ucieczki, zostawiając całą pracę w pogoni na barkach innych zespołów. Na szczęście oliwa lubi być sprawiedliwa i ostatecznie odebrała mu cyklamenowy trykot. Miało być 3 na czele i było… 200 metrów przed metą.

Niepotrzebna przelotówka?
Co by nie mówić, dzisiejszy etap był dla kolarzy odpoczynkiem. Szkoda tylko, że ten odpoczynek, po łatwej pierwszej połowie wyścigu i dniu przerwy w poniedziałek jest trochę bezużyteczny. Przez niego zawodnikom pozostały tylko 2 dni walki w górach. Równie dobrze można było więc na 18 etap ustalić jazdę indywidualną na czas, a na ostatnich metrach ścigać się w samej Weronie.