fot. BORA-hansgrohe

Rafał Majka pierwszą część tegorocznej edycji Giro d’Italia przejechał bez większych przygód. Polak, który do rywalizacji w Italii powrócił po trzech latach przerwy, znajduje się w dobrej pozycji wyjściowej do walki o miejsce w ścisłej czołówce wyścigu. Podczas dnia przerwy porozmawialiśmy z nim o nastawieniu, pozycji w zespole i tym, kto podczas najważniejszych etapów może zaskoczyć.

Po trzech latach przerwy powracasz na Giro d’Italia. Czy ten wyścig od tego czasu w jakiś sposób się zmienił?

– Czy ja wiem… Giro jak Giro. Wiadomo, że to trudny wyścig, podobnie jak wszystkie Wielkie Toury. Poziom ścigania jest bardzo wysoki, a końcówki – niezwykle nerwowe. Tegoroczna edycja zdążyła się już dać we znaki. Wydawać by się mogło, że na pierwszych etapach brakowało większych trudności, tymczasem zdarzały się etapy, na których suma przewyższeń wynosiła 2000-2500 metrów.

– Są drużyny, które przysłały sprinterów, są drużyny mające zawodników jadących na „generalkę”, ale o pozycję do ostatnich metrów walczy każdy. Etapy są długie, niektóre liczą po 240 km, a ściganie zaczyna się 120 – 100 kilometrów od mety. Jak to się mówi: jest co jechać.

Mówisz zatem, że ściganie jest typowe dla Grand Tourów, ale Twoje podejście do Giro – już niekoniecznie. Imponujesz spokojem.

– Najważniejsze, by te teoretycznie łatwiejsze etapy przejechać bezpiecznie, bo forma jest i nie może uciec. Jeżeli zdrowie pomoże, bez trudu powinienem wysoko skończyć ten wyścig. Oby tylko pogoda w górach dopisała, a będzie OK. Co do podejścia do ścigania – z biegem lat trochę inaczej już na to patrzę. Jestem już w końcu doświadczonym kolarzem.

W tym sezonie masz sporego pecha – zdarzały Ci się upadki podczas Tirreno-Adriatico czy niedawnego Tour of the Alps. Corsa Rosa jest jednak jak na razie dla Ciebie szczęśliwa – udało Ci się uniknąć kraksy, w której leżał między innymi Primoż Roglić. Powiedz, jak to zrobiłeś? Na zdjęciach widać, że upadło mnóstwo kolarzy jadących zarówno przed, jak i za Tobą.

– Nie wiem, jak to się stało, to chyba faktycznie szczęście (śmiech). Widziałem, że Roglić leży, ja ustałem na nogach i modliłem się tylko, żeby nikt we mnie nie wjechał. I cóż… rower był uszkodzony, ale mnie nic się nie stało.

Kibice w Polsce sporo uwagi poświęcają Twojej pozycji w drużynie i temu, czy jej liderem na klasyfikację generalną jesteś Ty, czy Davide Formolo. Rozmawiałem przed startem Giro z Patxim Vilą (dyrektor sportowy BORA-hansgrohe – przyp. red.) i powiedział mi, że macie równorzędną pozycję.

– Dokładnie, tak właśnie jest. Zobaczymy, jak będzie się układać „generalka”. Davide po ósmym etapie miał nade mną, dzięki skutecznej ucieczce, minutę przewagi. Dzięki niedzielnej „czasówce” sporo odrobiłem… Naszym interesem jest jednak przede wszystkim dobry wynik drużyny. Trzeba jechać tak, jak robił to podczas ubiegłorocznego Tour de France Team Sky. Przywieźli dwóch liderów – Gerainta Thomasa i Christophera Froome’a. Ten pierwszy wygrał, zaś drugi był trzeci. Fajnie, gdyby nam udało się wypaść podobnie, choć wiadomo, że będzie ciężko. Zresztą, w naszym zespole jest tak naprawdę trzech liderów, bo w sprinterskich końcówkach rządzi Pascal Ackermann. Podsumowując: jeżeli zadzwonisz do mnie po ostatnim etapie w Weronie – opowiem Ci, jak współpraca się układała.

Wróćmy na moment do samej rywalizacji. Ktoś w tych pierwszych dniach Giro Cię zaskoczył?

– Nie, nikt. Wiadomo, że faworytem do zwycięstwa jest Primoż Roglić, który już ma sporą przewagę nad rywalami, a przed nim jeszcze jedna „czasówka”. Myślę jednak, że kolarzem, który może „odpalić” jest Vincenzo Nibali. To gość, który ma wielkie doświadczenie, mnóstwo przejechanych Grand Tourów i z pewnością nie zadowoli się walką o podium czy o drugie miejsce. Zrobi wszystko, by wygrać.

A Ty, będziesz w stanie zaskoczyć ekspertów? W zagranicznych mediach próżno szukać Cię w zestawieniach kandydatów do triumfu.

– Do tego już się akurat przyzwyczaiłem. Zobaczymy, jak ułoży się wyścig. Na pewno wygrać nie będzie łatwo, ale walka o jak najwyższą pozycję to mój cel.

Rozmawiał Tomasz Czernich