fot. Mediolan - San Remo

Nadszedł czas na pierwszy wyścig monumentalny w sezonie – w sobotę 23 marca zostanie rozegrany Mediolan – San Remo. Najpiękniejszy, najłatwiejszy, najtrudniejszy do wygrania, najnudniejszy. Wyliczane przymiotniki zależą od tego, czy ich autor jest kolarskim konserwatystą czy raczej postępowcem. W dobie krótkich i dynamicznych wyścigów, nierzadko z mieszaną nawierzchnią, ostał się jeszcze prawie trzystukilometrowy moloch rodem z początku XX wieku.  

Czwartą edycję Mediolan – San Remo, która odbyła się w 1910 r. wygrał Francuz Eugène Christophe. Zajęło mu to dwanaście godzin, a poza nim linię mety ujrzało tylko pięciu śmiałków z sześćdziesięciu trzech startujących. Drugi był Włoch Luigi Ganna, który powiedział po wszystkim dziennikarzom, że nigdy więcej nie wystartuje w kolarskim wyścigu. Godzinę później został zdyskwalifikowany za… przejechanie większej części trasy w samochodzie swojej drużyny.

Trasa

W ostatniej dekadzie próbowano nieco modyfikować trasę Mediolan – San Remo. W latach 2008-2014 umieszczono na niej kontrowersyjny podjazd Le Maniè, a następnie zastanawiano się nad całkowitym pozbawieniem szansy sprinterów na zwycięstwo, ponieważ taki właśnie efekt najprawdopodobniej przyniosłoby wprowadzenie podjazdu Pompeiana, pomiędzy Cipressą i Poggio. Ostatecznie jednak nastąpił powrót do tradycji z Poggio obecnym od 1960 roku i z Cipressą dodaną dwadzieścia dwa lata później. Te dwa podjazdy decydują o tym, kto walczy na płaskim finiszu na słynnej alei Via Roma w San Remo.

Całkowity dystans wyścigu wynosi 291 km i jest on najdłuższy w całym kalendarzu. Mark Cavendish, któremu zwycięstwo w “La Primaverze” w 2009 r. wyrobiło nieznane do tamtej pory nazwisko, powiedział następujące słowa:

To jest wyścig, który można przegrać na pierwszych stu kilometrach. Na początku może się bowiem wydawać tak łatwym, że zapominasz o oszczędzaniu energii; wielu zawodników jadąc w wietrze myśli, że to nie ma znaczenia. W rzeczywistości jednak każdy stracony wcześniej wat okaże się bardzo ważny w końcówce.

Pierwsza trudność – Passo del Turchino (dł. 3,2 km; śr. nach. 4,7%) – nadchodzi po przejechaniu 130 km. Po zjeździe znowu jest płasko, aż do słynnych “Capi” – Capo Mele, Capo Cervo i Capo Berta – krótkich i stromych ścianek, spośród których ta ostatnia położona jest na średniowiecznej drodze Via Julia Augusta nad Morzem Śródziemnym. Ich zadaniem nie jest rozstrzygnięcie wyścigu, a zmęczenie nóg przed kluczowymi Cipressą i Poggio.

Poggio widziało już wiele. Już w swoim debiucie w Mediolan – San Remo solowy atak po zwycięstwo przypuścił tam René Privat, a w dwóch kolejnych edycjach samotnie wygrywali Raymond Poulidor i Emile Daems. W 1964 r. to właśnie na Poggio kolegów z ucieczki zostawili Poulidor i Tom Simpson, który triumfował później na Via Roma.

Imponujące siedem zwycięstw Eddy’ego Merckxa w La Classicissima w latach 1966-1976 urodziło się prawie zawsze po akcjach podjętych na Poggio. Na ten podjazd sam wjeżdżał również Felice Gimondi w tęczowej koszulce mistrza świata, na pięknym rowerze Bianchi, zwyciężając “na solo”.

Wspinaczka pod Poggio rozpocznie się 9 km przed metą i potrwa przez 3,7 km. Średnie nachylenie wynosi niecałe 4%, ale tuż przed szczytem wzrasta do 8%. Zjazd jest trudny technicznie, ponieważ biegnie po wąskich drogach i liczy wiele zakrętów oraz nawrotów. Do San Remo wjeżdża się, a właściwie “wpada się”, 2 km przed metą. Ostatni zakręt w wyścigu trzeba pokonać 750 m przed kreską.

Współcześnie, a dokładnie dwa lata temu, tuż przed szczytem Poggio tempo znacząco podkręcił Peter Sagan, jadący wówczas w koszulce mistrza świata. Pojechali za nim Julian Alaphilippe i późniejszy zwycięzca Michał Kwiatkowski. Spektakularny finisz tego tria przeszedł do historii wyścigu Mediolan-San Remo.

Rok temu na Poggio zaatakował Vincenzo Nibali. Tak, Vincenzo Nibali – zwycięzca wielkich tourów i dwukrotny triumfator innego monumentu, z tym że przeznaczonego dla górali – Il Lombardia. “Rekin z Messyny” znany jest z fantastycznych umiejętności zjazdowych, ale mimo to wydawało się, że gdzie jak gdzie, ale w MSR nie ma dla niego miejsca. A jednak. Sycylijczyk wspaniale kontrolował kilkunastosekundową przewagę nad peletonem z głodnymi sukcesu sprinterami, dzięki czemu tuż przed metą miał czas, by się obejrzeć i wykonać znaczące gesty triumfu. Nie ma chyba sympatyka kolarstwa, któremu na skórze nie pokazała się wówczas gęsia skórka.

Faworyci 

W tegorocznej, sto dziesiątej edycji wyścigu Mediolan – San Remo wystartuje pięciu Polaków: Michał Kwiatkowski, Michał Gołaś (Team Sky), Tomasz Marczyński (Lotto-Soudal), Maciej Bodnar (BORA-hansgrohe) oraz Łukasz Wiśniowski (CCC Team). Najbardziej – choć oczywiście pozytywnie – zaskakuje obecność “Kwiato”, który według pierwotnych planów miał w tym roku odpuścić “klasyk klasyków”. Polscy kibice nie mogli jednak dostać lepszego prezentu na początek wiosny jak start byłego mistrza świata, obecnego mistrza Polski i trzeciego kolarza wyścigu Paryż-Nicea 2019.

Rozpoczynając omawianie faworytów należy wspomnieć o jednej ze sprzeczności, które charakteryzują Mediolan – San Remo. Są zarówno tacy, którzy wygrywali ten wyścig kilkakrotnie (m.in. wspomniany Eddy Merckx, Erik Zabel, Óscar Freire), jak i wielcy, którym ta sztuka nie udała się ani razu (m.in. Michele Bartoli, Tom Boonen, Peter Sagan). Wydaje się, że Słowak, trzykrotny mistrz świata, przyzwyczajony do długich i wyczerpujących dystansów, posiada wszystkie niezbędne cechy, aby zwyciężyć, a mimo to wciąż nie posiada Mediolan-San Remo w swoim palmarès.

I nie wiadomo, czy doda je do niego kiedykolwiek, a już tym bardziej wątpić można myśląc o tym w kontekście tegorocznej edycji. Sagan nie pokazał bowiem jeszcze w tym sezonie wysokiej dyspozycji, a na domiar złego przed wyścigiem Tirreno-Adriatico zmagał się z problemami żołądkowymi, który zaburzyły jego przygotowania. Ponadto drużyna BORA-hansgrohe ma urastającego do światowej klasy sprintera Sama Bennetta – z wysokim morale po dwóch odniesionych w znakomitym stylu etapowych zwycięstwach w “wyścigu ku słońcu” oraz w Vuelta a San Juan i UAE Tour.

Drży ręka, a de facto palce nad klawiaturą, przed tym, kogo wymienić na początku – sprinterów, specjalistów od wyścigów klasycznych czy może all-rounderów pokroju Michała Kwiatkowskiego, Juliana Alaphilippe’a (Deceuninck-Quick Step) czy Grega Van Avermaeta (CCC Team). Mediolan – San Remo jest tak nieprzewidywalnym wyścigiem, że zachowawczo trzeba chyba po prostu wymienić kolarzy znajdujących się w wysokiej formie oraz byłych zwycięzców.

Jeśli mowa o tych znajdujących się w tak zwanym gazie, to listę faworytów powinien otwierać Julian Alaphilippe – autor sześciu zwycięstw w tym sezonie. W klasyku (Strade Bianche), w jeździe indywidualnej na czas (Vuelta a San Juan) oraz w sprincie (szósty etap Tirreno-Adriatico). Wszechstronność i doświadczenie polegające na zdobyciu trzeciego miejsca w 2017 r. mocno przemawiają na jego korzyść.

Dobrą dyspozycję i moc w bardzo silnym wietrze północnej Francji pokazał Michał Kwiatkowski, który na dodatek posiada doświadczenie i coraz większą kolarską mądrość. Ponadto będzie miał do dyspozycji (wbrew powszechnym opiniom) bardzo solidną drużynę – dość wymienić kapitana i wiernego przybocznego Michała Gołasia, wytrzymałego i solidnego Salvatore Puccio, pociągowego konia Luke’a Rowe’a, czy zdolnego kasować ataki na Cipressie i Poggio Tao Geoghegana Harta.

Abstrahując od Alaphilippe’a z drużyny Deceuninck-Quick Step nie można skreślać starającego się o skompletowanie zwycięstw w pięciu kolarskich monumentach Philippe’a Gilberta oraz znakomitego sprintera Elii Vivianiego. Przy tym drugim można jednak postawić znak zapytania o wytrzymałość na tak długim dystansie, a później o zdolność efektywnego finiszu. Mistrz Włoch sam nie jeden raz mówił o tym, że po dobrym rozprowadzeniu brakowało mu po prostu mocy w nogach do wykończenia pracy swoich kolegów.

Spośród sprinterów poważnym faworytem wydaje się być również drugi w ubiegłym roku Caleb Ewan (Lotto-Soudal), tym bardziej, że na podjeździe pod Hatta Dam podczas wyścigu UAE Tour udowodnił, że niewielkie podjazdy nie stanowią dla niego problemu. Obok niego w szranki staną byli zwycięzcy – Alexander Kristoff z UAE Team Emirates (2014), John Degenkolb z Trek-Segafredo (2015) oraz Arnaud Démare z Groupamy-FDJ (2016). Swoją drogą ciekawa będzie taktyka drużyny ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich w kontekście obecności Fernando Gavirii – najprawdopodobniej zdecyduje dyspozycja dnia.

Pominąć w wyliczaniu pretendentów do zwycięstwa nie można obrońcy tytułu Vincenzo Nibaliego (Bahrain-Merida) oraz mistrza świata Alejandro Valverde (Movistar). Obu ich stać przecież na triumf w tym wyścigu, choć tym razem z lekkim wskazaniem na “El Balę”. Czyż nie wspaniała byłaby bowiem akcja, na wzór tej opisywanej wcześniej, Felice Gimondiego? Jedyną różnicę stanowiłaby wówczas marka roweru – Canyon, a nie Bianchi, choć w niewiele brzydszym, mistrzowskim malowaniu.

Mawia się, że można wymienić nawet pięćdziesięciu faworytów do zwycięstwa w wyścigu Mediolan – San Remo, więc ta zabawa niech zakończy się na Valverde. Oczywiście, wspominając raz jeszcze 2009 r. nie można nie wyciągnąć lekcji Heinricha Hausslera, który o włos przegrał z “Manxmanem”. Australijczyk ponownie stanie na starcie “La Primavery” i co zrobić z pięciogwiazdkowymi faworytami jeśli po dziesięciu latach historia się powtórzy? A przecież lubi tak robić.

I jeszcze interesująca statystyka przygotowana przez Cilliana Kelly’ego – irlandzkiego dziennikarza, dotycząca liczby finiszujących kolarzy w grupie zwycięzcy w latach 1993-2016. Najwięcej – sześćdziesięciu dwóch – było ich w 2004 roku, kiedy wygrywał Freire.

Transmisje TV  

Transmisję z wyścigu Mediolan – San Remo przeprowadzi drugi kanał Eurosportu w godzinach 14:30 – 17:30.

W portalu Naszosie.pl bezpośrednio po wyścigu będzie można przeczytać sprawozdanie, a później wypowiedzi bohaterów i newsy. Zapraszamy również do dyskusji w Internecie – oficjalny hashtag wyścigu to #MilanoSanremo.