Turystyczna, bo zapraszającym jest lokalna turystyczna organizacja. W tym przypadku katalońska. Na takim wyjeździe jeszcze nie byłam. Wyruszam więc na 4 dni do Cambrils odwiedzić Bahrain-Meridę. Może wreszcie uda się dłuższa rozmowa z Nibalim? Ruszacie ze mną? Zapraszam!

Poniedziałek – Pokój z widokiem

Warszawa-Barcelona i samochodem godzinka do Cambrils. Mógłby być pociąg – wtedy 1,5 godziny. Albo start z Gdańska – wtedy samolotem do Barcelona Reus i pół godziny samochodem. Ale to w sezonie. Teraz jest zdecydowanie poza sezonem. Bardzo pusto, silny wiatr, ale słońce grzeje z wiosenną intensywnością. To ponoć najzimniejszy czas w tym regionie. Aktualnie 13 stopni. W Warszawie były 3. I deszcz. Podróżujemy jak zwykle w międzynarodowym towarzystwie. Jeden Belg, jeden Holender, czworo Włochów, Brytyjczyk i dwoje Polaków. Prasa, telewizja, internet. Jest nawet włoska twarz Giro – dziennikarz, który w narodowej telewizji RAI prowadzi studio wyścigu i robi wywiady na mecie – poznaję jego kędzierzawą czuprynę.

Kwaterują nas w „resorcie” – mamy miejsca w domkach-apartamentach. Nie ma czasu na odpoczynek bo zaraz po zakwaterowaniu zwiedzamy Cambrils. Wsadzają nas do turystycznego pociągu… pociążku… nie wiem jak go nazwać – taki żółty, co jedzie 20 km na godzinę i robi UUU! UUU! – kojarzycie? Miejski pojazd starówkowy. Ruszamy nim w miasto. Naszym przewodnikiem jest przedstawiciel katalońskiego biura turystycznego Wadim – Hiszpan z rosyjskimi korzeniami, który trochę rozumie po polsku. Mamy czas do zachodu słońca – jakieś dwie godziny, bo zmrok zapada ok. 18.

Przystanek pierwszy pokazuje rybacką twarz miasteczka. Zdążamy akurat na moment, kiedy łodzie spływają do portu i wyładowują połów. Na nadbrzeżu suszą się sieci. Przy deptaku stoi współczesny pomnik syren. Mewy szaleją nad głowami. Jest pięknie. Prosto i spokojnie. Poza mewami nikt nie krzyczy. Słońce zachodzi za napisem CAMBRILS. Bardzo odprężające okoliczności.

Przystanek drugi to wizyta na starówce. Kawa na rynku. Wystarczy zwiedzania. Wracamy. Cały czas wzdłuż ścieżki rowerowej, której jest tu 25 km. Może będzie okazja wypróbować. Wieczorem czeka nas jeszcze próbowanie lokalnego wina – o gustach się nie dyskutuje, ale o dwóch z tych testowanych mogłabym poopowiadać. Ponoć są dostępne w Polsce. Po winie jesteśmy gotowi na kolację. Idziemy do restauracji. I wtedy po raz pierwszy widzę kolarzy. Matej Mohoric macha do mnie, uśmiecha się. Nibalego jeszcze nie ma – dojedzie jutro. Dennis i Pozzovivo nieobecni, usprawiedliwieni – mają zajęcia w Australii. Może jutro będzie bardziej kolarsko. Wracam do pokoju, odsłaniam okno. No! Dostałam najlepszy pokój! Z widokiem na ciężarówkę i autobus Bahrain-Merida! Przy ciężarówce jeszcze się ktoś krząta, ja idę spać.