fot. Mitchelton-Scott

Matteo Trentin po bardzo udanym dla siebie sezonie 2017 długo musiał czekać, by w barwach nowego pracodawcy (Mitchelton-Scott) wreszcie stanąć na najwyższym stopniu podium. Włoch przyznał, że pierwszy rok w australijskiej ekipie nie był dla niego zbyt udany, nawet mimo zdobycia tytułu mistrza Europy w Glasgow. „Czułem, że jestem blisko topu, ale nie mogłem się na niego dostać” – mówił.

29-latek, który w poprzednim sezonie zanotował siedem zwycięstw (w tym pięć podczas Vuelta a Espana), rok 2018 rozpoczął od niezłych występów na Półwyspie Iberyjskim (m.in. 4. miejsce podczas Vuelta a Murcia) i Paryż-Nicea. Na trasie Paryż-Roubaix zaliczył jednak groźny upadek, który wyłączył go ze startów na ponad dwa miesiące. Do rywalizacji powrócił podczas Adriatica Ionica Race, oglądaliśmy go w akcji także podczas Tour de Pologne. Niespełna dwa dni po jego zakończeniu wywalczył w Glasgow tytuł mistrza Europy.

Pamiętam, że przez cały dzień padał deszcz, a wyścig był bardzo trudny, poprowadzony po technicznej trasie. Razem z całą reprezentacją pojechaliśmy bardzo dobrze. Możliwe były różne scenariusze, ale w końcówce jasnym stało się, że dojdzie do sprintu. Chciałem dać z siebie wszystko i… udało się

– wspomina Trentin, który nie ukrywa, że ten sukces zrzucił z jego barków ogromny ciężar.

Kiedy tylko przeciąłem linię mety czułem się, jakbym pozbył się wszystkiego, co dotąd mnie męczyło. Po wielu nieszczęściach i upadkach triumf w mistrzostwach Europy jest czymś wyjątkowym. Zyskałem koszulkę, która uczyni mnie rozpoznawalnym i wyróżni w peletonie. Mogłem w niej wystartować we Vuelcie i pomóc Simonowi Yatesowi zwyciężyć

– dodawał.

Trentin obok triumfu w mistrzostwach Europy odniósł w sezonie 2018 jeszcze jedno zwycięstwo – był najlepszy na piątym etapie worldtourowego Tour of Guangxi.