W ostatnich dniach mamy wysyp negatywnych informacji odnośnie amatorskiego ścigania, które już coraz mniej przypomina rywalizację ludzi, którzy z zawodowym kolarstwem nie mają wiele wspólnego. Tym samym, czy amatorskie ściganie wciąż jest amatorskie?

Ostatnimi czasy, zarówno przez afery dopingowe, jak i w trakcie Tour de Pologne, dużo mówiło się o polskim “drugim peletonie”. Wszystko ze względu na to, że jest on już bliźniaczo podobny do tego zawodowego, przede wszystkim ze względu na podział drużynowy czy samo przygotowywanie do startów. Czy to jednak źle?

I tak, i nie. Z jednej strony przyciąganie nowych osób do kolarstwa jako takiego raczej nie ma wiele wspólnego z pokazywaniem im jak wiele czasu będą musiały spędzić na treningach, jaką świetną zabawą jest przeliczanie watów czy jak dobrze jest czasem wyskoczyć na rower przy padającym śniegu. Z drugiej, w peletonie amatorskim można w pewnym sensie poczuć się jak zawodowiec, przechodząc przez dokładnie to samo, co on, wliczając reżim treningowo-dietetyczny, zgrupowania i tym podobne.

Największym problemem jest fakt, że ostatnimi czasy zaszło do nieco za daleko, tak, jakby parcie na wyniki w amatorskim peletonie, które i tak przecież praktycznie nic nie dają poza satysfakcją, stało się równie wielkie, jak w przypadku kolarzy zarabiających miliony. To za to spowodowało pewien “przerost ambicji”, który przerodził się w ciągłą potrzebę wygrywania czy odbijania sobie niepowodzeń z czasów jazdy w zawodowym peletonie. O tym, co było dalej i z czym zaczęto walczyć mówić chyba nie trzeba.

W tym całym pościgu za niewiele wartymi pucharami naprawdę zaczęto zapominać o samej istocie kolarstwa amatorskiego w XXI wieku. Pomiary mocy zaczęły zabijać przyjemność z jazdy, nabijanie treningowych kilometrów zastąpiło podziwianie okolicy i czyste czerpanie przyjemności z jazdy.

Może i powyższe zdania są czystym “szymonbajkizmem”, lecz problem jest już naprawdę duży. Jesteśmy amatorami, więc cieszmy się tym, co robimy. Rower jest dla nas odskocznią od pracy, życia rodzinnego i innych ważnych spraw. Niech nie będzie dodatkowym obciążeniem dla układu nerwowego. Zwolnijmy, wyluzujmy i przypomnijmy sobie o co w tym wszystkim chodzi. A potem przejedźmy wspólnie 200 kilometrów po górach, przeciągając się jak kolarskie dziki. Swoją drogą, czy tysiące złotych wydawane na całą “zabawę”, są warte pucharów za “dwie dyszki”?