Fot. Team Sky

Niech żyje WADA, niech żyje UCI! Król jednak wystartuje w Tour de France! Chris Froome oczyszczony, jednak nie zrobił nic złego… Też Państwo w to nie wierzą? Przykro to mówić, ale nadszedł dzień, w którym znienawidziłem kolarstwo.

Jak każdy z nas wie, sprawa Froome’a ciągnęła się w nieskończoność. Sam od początku próbowałem rozumieć obie strony, w pewien sposób łagodząc spór, który dla wielu był kolejnym upadkiem kolarstwa. Ba, nawet fakt tak długiego oczekiwania na wyrok był w pewien sposób uzasadniony. W końcu Froome był ostatnio główną twarzą kolarstwa, a co za tym idzie szybkie ukaranie go było jednoznaczne z aferą na skalę światową. Odeszli by kibice, sponsorzy, a sam sport musiałby ponownie walczyć o swoje dobre imię. Tym samym wyciszenie problemu było w pewnym sensie działaniem właściwym, przynajmniej z punktu widzenia UCI i Davida Lappartient.

Kiedy Froome, w trakcie postępowania, nie miał najmniejszego problemu ze startowaniem, także nie byłem wielce temu przeciwny. W końcu, skoro przepisy pozwalają mu na walkę na trasach aż do samego ewentualnego potwierdzenia kary, wówczas w żadnym momencie nie łamie kolarskiego prawa i absolutnie nic nam do tego, nawet kiedy się z tym nie zgadzaliśmy i wydawało się to nieetyczne.

Dziś jednak miarka się przebrała. Przekroczenie przepisów dopingowych było bowiem nie do podważenia, a jakiekolwiek tłumaczenia i dokumenty przywołujące “konieczność” takiego działania są wielkim nieporozumieniem. Kiedy w terenie zabudowanym przekroczymy prędkość i zaczniemy się tłumaczyć, że padły nam hamulce, policja będzie mogła wycofać mandat? Nie sądzę.

Oczyszczenie Froome’a z zarzutów stało się dla mnie symbolem upadku kolarstwa. Choć wydawało mi się, że nasz ukochany sport trzyma się wciąż nieźle, dziś jestem prawie pewny, że wszystkim rządzi i tak słabnący funt. W końcu Petacchi czy Ulissi za podobne wykroczenie wypadli z peletonu, a Alberto Contador, po “wpadce”, która do dziś jest mocno dyskusyjna, pożegnał się ze ściganiem na ponad rok, o odbiorze tytułu zdobytego podczas Giro d’Italia 2011 nie wspominając. A Froome? Froome ma się bardzo dobrze. Ani dnia kary, wygrane trzy wielkie toury z rzędu i szansa na piąty triumf w Wielkiej Pętli.

Jestem wściekły, zniesmaczony, urażony. Całkowite wybielenie nazwiska Brytyjczyka jest idealnym przykładem “pozornej równości”. Już nawet kara trzymiesięcznego czy półrocznego zawieszenia byłaby przyjęta ze względnym zrozumieniem. Niestety, liderowi Team Sky nic nie odebrano, w chamski sposób zamiatając sprawę pod dywan.

Oliwy do ognia dolewa też fakt, iż UCI zapowiadało podjęcie decyzji… po zakończeniu Tour de France. Wystarczyło jedynie wczorajsze oświadczenie ASO o próbie zablokowania startu Brytyjczyka i.. cyk, decyzja! Co więcej, praktycznie minutę po publikacji Międzynarodowej Unii, Team Sky miał już gotowe oświadczenie samego zainteresowanego. Ciekawe, prawda?

Nie chcę takiej gwiazdy. Nie chcę takiego lidera. Nie chcę takiego Tour de France. Parafrazując Jacka Laskowskiego, komentującego mecz Polaków z Kolumbią, będziemy mieć Wielką Pętlę w 4K – katastrofa, kpina, korupcja. Czwarte K proszę dodać wedle własnego uznania.

Dawid Gruntkowski


Choć sport powinien trzymać się z dala od polityki, to jednak dzisiejszy dzień uświadomił mi, jak wielką polityką jest sport. Można właściwie przestać chować się za frazesami, że powinniśmy wszelkich działaczy odsunąć z dala od sportowców, bo oni byli, są i będą blisko wszystkich ważnych wydarzeń. Niezależnie czy mówimy o politykach z krajowych parlamentów, czy o politykach zasiadających w radach nadzorczych czy innych gremiach, takich jak chociażby UCI lub WADA.

Dlaczego mówię o polityce? Podczas szkoły podstawowej, liceum czy studiów w podręcznikach poznałem historię, którą dziś wielu w Polsce próbuje przekłamać (lub według innych dopiero naprostować). Podczas każdego ze szczebli edukacji przebrnąłem przez pamiętne manifestacje i demonstracje, jakie miały miejsce w dziejach naszego kraju i z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się niemal niepojęte, że po latach ponownie ludzie wychodzą na ulice z tymi samymi hasłami. Po co? Dlaczego? Przecież wszystko już było względnie tak, jak powinno być.

W kolarstwie też względnie było tak, jak powinno być. Otrząsnęliśmy się po Festinie, po Pantanim, czy wreszcie po Armstrongu. Wszyscy zgodnie uznajemy Ricco za…dopowiedzcie sobie sami, za kogo. Po tylu przykładach jawnych oszustw dobrnęliśmy do momentu paszportów biologicznych, które miały zakończyć proceder szprycowania się na potęgę. Przypadek Froome’a jest niemal kalką historii Armstronga – wielki mistrz, wielokrotny triumfator największego wyścigu wpada na zabronionym środku. Wpada na środku na którym inni wpadali, czyli Petacchi czy Ulissi. Sprawa wydaje się być modelowa – znów wielki mistrz zrobił wszystkich w konia, ale tym razem są wszelkie dowody na to, by nie czekać wiele lat (jak w przypadku Armstronga) na wyznaczenie kary.

Guzik prawda! Podobnie jak w przypadku “prostowania historii” w rodzimej polityce, ktoś u szczytu kolarskich władz próbuje nam wmówić, że choć środek zakazany był, ale właściwie to nie był. To wszystko powoduje, w przededniu najważniejszego kolarskiego święta jakim jest Tour de France, że kolarstwo obrzydza. Być może to będzie nadużycie, ale sytuacja Froome’a może stworzyć wyjątkowo niebezpieczny precedens. Jeśli Brytyjczyk stanie na starcie Tour de France, a wszystko na to wskazuje, wystartuje w nim jak najważniejszy prezes w kraju – “bez żadnego trybu”.

Polityka obrzydła mi już dawno. Nie sądziłem, że ukochany sport pójdzie tym samym kierunkiem. Przykre jest też to, że stanie się pewnie podobnie jak w polityce – w niedługim czasie wyleci nieco mniejsza afera, zajmie nam ona trochę uwagi, a z casusem Froome’a pogodzimy się w bezradności, że są równi i równiejsi. Natychmiastowa reakcja Team Sky i Froome’a przywodzi mi na myśl jeszcze jeden znany z polskiej polityki zwrot – teraz ku*wa my.

Kuba Szymański