GDY PO TRZECH KILOMETRACH JAZDY MASZ JUŻ ZALICZONE: CZTERY PODJAZDY, DWA ZJAZDY Z CZEGO JEDEN PO BRUKU, PRZEJAZD PO BETONOWYCH PŁYTACH,  OKOŁO SIEDEMDZIESIĄT ZAKRĘTÓW I DWIE KRAKSY NIEOPODAL WIESZ, ŻE LEKKO NIE BĘDZIE.

A ŻE LEKKO NIE BĘDZIE WIESZ TAKŻE DLATEGO, ŻE NIE PRZEZ PRZYPADEK ZNALAZŁEŚ SIĘ NA TRASIE AMATORSKIEJ ODSŁONY RONDE VAN VLAANDEREN. 

Dysponując już dogłębną wiedzą, jak prezentują się odciski na dłoniach (acz nie tylko…) po Paryż Roubaix, to siedzące głęboko we mnie dziecko zachciało sprawdzić, jak od środka prezentuje się Ronde van Vlaanderen, walczące łeb w łeb o miano najważniejszego, wiosennego klasyku. O ile Paryż Roubaix zawsze pociągał mnie swoją nieprzewidywalnością, chaotycznością i żywiołowością, o tyle Ronde Van Vlaanderen zawsze ciekawił mnie wymiarem społecznym, podejścia kibiców, zaskakującej i meandrującej trasy, wąskich i niesamowicie krętych podjazdów, otoczonych z każdej możliwej strony kibicami. I wylewanymi hektolitrami Kwaremontu, nie tylko do gardeł.

Ciekawił mnie też bruk, bo jak na tkniętego szczyptą szaleństwa przystało, bruk po prostu lubię. Sauté najbardziej. Tamtejszy, dwustuletni bruk ma w sobie coś tak atawistycznie pierwotnego, jest tak odległy od współczesnego wszechobecnego sybarytyzmu, że pociąga mnie od lat. Ale – dla mniej znających zagadnienie – tamtejszy bruk nijak się ma do otoczaków, układanych u nas jako leśne dukty i reprezentacyjne ryneczki miasteczek. Bruk flandryjski to dwa elementy: kamienie polne, rzucone bez ładu i składu na błotnistą drogę i ubite kołami furmanek przez dwieście lat, lub też kawałki kamieni, rozłupanych w kamieniołomach i ułożonych na tyle nierówno, jak to było tylko możliwe. Niczym zaskakującym są dziesięciocentymetrowe odstępy między kamieniami, tak i w pionie jak i poziomie jak i kamienie ułożone ostrą krawędzią ku górze…

I o ile Paryż Roubaix oferuje nam brutalną prostotę trasy – ledwie 500 metrów przewyższenia na całej trasie – o tyle w Ronde van Vlaanderen, na odcinku 174 km bije nas prosto w nos dwoma kilometrami przewyższenia; jest to praktycznie wyścig niemal dla górali (no dobrze, bardziej dla górali niskopiennych), ale o wielu podjazdach, pokrytych brukiem właśnie. Koppenberg. Oude Kwaremont. Paterberg. Eikenberg. To ikoniczne podjazdy, które pokonywaliśmy dzień przed zawodowcami. I to na nich właśnie najdobitniej widać, że znaleźliśmy się we Flandrii, kolebce kolarstwa.

Kibice; tysiące kibiców, wrzeszczących, bijący brawo i wykrzykujący nasze imiona, bo te są zapisane na numerach startowych. Atmosfera święta narodowego, dla której porównania w naszym kraju po prostu nie znajduję. Olbrzymie telebimy, ustawione w szczerym polu przy brukowanych hellingen.

Nie mam pojęcia, ile jest – łącznie – w całej Europie kamperów, ale wiem, że 90% z nich wegetuje tylko po to, by tego dnia dotrzeć do Oudenaarde i zagnieździć się tam na trzy dni. Po zakończonym wyścigu wracają tam, gdzie zimują kampery, ale wiosną ich pola lęgowe są we Flandrii.

Organizacja De Ronde- jakaż może być organizacja imprezy kolarskiej w miejscu, będącym kolebką kolarstwa? Idealna łamana na doskonała. Oznakowanie trasy, aprowizacja, zaplecze, bezpieczeństwo, sprawność obsługi – tam nie zakrada się nawet element chaosu ni francuskiej żywiołowości, którą dostrzegłem (w minimalnym stopniu) na Paryż Roubaix.

Start! Mimo możliwie wczesnej pory, tłumy zawodników. Przejeżdżamy przez bramę, z której ku górze biją rozświetlające okolicę flary. Sobota, przed siódmą rano, sąsiedzi pewnie nie byli zadowoleni, ale… to w końcu Flandria. Tu niemal wszyscy żyją kolarstwem. Mijałem w jednym z miasteczek, na ostrym podjeździe, starszą parę; mimo temblaka na ręku nie przeszkadzało to owej pani w biciu braw i skandowania mojego imienia. Jest chłodno, wietrznie, mokro – ledwie cztery stopnie, deszcz padał cały poprzedni dzień. Pierwsze metry szybkie, trzeba się ustawić i rozpoznać liczne towarzystwo, czyli mówiąc po kolarsku – zapewnić sobie tyle bezpieczeństwa, ile się da. Doskakuję do jakiejś mocniejszej grupki i lecimy wspólnie, co i rusz zmieniając kierunek. To ledwie początek Ronde Van Vlaanderen, a dość szybko pojawiło się wrażenie gry w ciuciubabkę; na wąskich dróżkach zakrętów jest tak wiele, że po pięciu minutach jazdy kompletnie tracę orientację w kierunku. Zakręt, ścieżka przy kanale, mostek, zakręt, podjazd, zakręt, kolejny podjazd między garażami, droga z płyt betonowych… dzieje się dużo od samego początku.

Pierwszy porządny podjazd pojawia się bardzo szybko; wjeżdżamy na niego na jeszcze nierozgrzanych nogach, tam z mojej grupy tworzy się klasyczny wężyk… po chwili zjazd. Szybki, kręty …

…by po chwili przejść w dziki, nierówny i nieobliczany bruk. Wpadliśmy na niego z prędkością burzącą porządek w efektach starań stomatologów; plomby dzwonią równo, nadgarstki, wiedzące już, jak będzie bolało zaciskają się na kierownicach. Kto może, zeskakuje na chodniki / odpływy burzowe na poboczu, co jak się okazało, pomysłem dobrym nie jest. Pamiętając, jak jeździ się po podobnym bruku, tyle że francuskim, twardo trzymam się jednej linii; kamienie są śliskie, prędkość duża, przyczepność znikoma, ryzyko olbrzymie. Jeśli droga jest uczęszczana przez samochody, to najgorszym zjawiskiem jest „garb” po środku drogi, między dwiema koleinami po bokach, siłą rzeczy leżących niżej kilkanaście centymetrów. Podjechanie z koleiny na garb – choćby przy próbie wyprzedzania – staje się czynnością z pogranicza ekwilibrystyki cyrkowej. Zawodnik z jakiejś większej grupki jadących razem zawodników usiłował to uczynić; widząc, że kończy się rynna burzowa, chciał wskoczyć na bruk i natychmiast tego pożałował, widowiskowo wygrzmocił się. Uniknąłem upadku, acz dla zachowania równowagi musiałem wypiąć but (co przy większej prędkości na bruku do bezpiecznych czynności na pewno nie należy), odetchnąłem i pojechałem dalej. Był to ok. 4 kilometr trasy…

… a tych kilometrów zostało jeszcze 170.

CDN

Poprzedni artykułVincenzo Nibali z wizytą na francuskich brukach
Następny artykułLa Flèche Wallonne 2018: silny Movistar u boku Valverde
Sławomir Niciński
"Master of disaster" Z wykształcenia operator saturatora; brak możliwości pracy w wyuczonym zawodzie rekompensuję jeżdżąc rowerem i amatorsko się ścigając, bardzo lubię też o tym pisać. Rytm tygodnia, miesiąca i roku wyznacza mi rower. Lubię się ścigać, i gdy jakiś wyścig mi nie wyjdzie, to wśród kolegów-kolarzy mówię, że jestem redaktorem sportowym, a gdy jakiś tekst mi nie wyjdzie, wśród redaktorów mówię, że jestem kolarzem-amatorem. I tylko do teraz nie rozgryzłem, czy bardziej lubię się ścigać, czy też pisać o tym, dlatego nadal zamierzam czynić i jedno i drugie, póki starczy sił.