fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Podczas niedzielnego Mediolan – San Remo, w kraksie na równe 10 km przed metą, ucierpiał m.im. Mark Cavendish. Zawodnik z Wyspy Man kolejny raz złamał żebro i doznał urazu kostki, ale na szczęście nic poważniejszego mu się nie stało.

Całe zdarzenie miało miejsce na samej granicy administracyjnej San Remo. Bystrzejsze oko wypatrzy jednak coś ciekawszego – pomarańczowy but, leżący spokojnie na żółtym drogowym wskaźniku. Swoimi nowymi pomarańczowi zdobyczami, Cav chwalił się 8 marca.

Wizualnie są one oparte na słynnym piłkarskim modelu Mercurial oraz nieco podobne do kolarskiego modelu R1 marki DMT. Obecnie, po czasach Armstronga, butów Nike zawodowi kolarze używają już dość rzadko, najczęściej na podstawie indywidualnego wsparcia. Oprócz Marka z pomocy amerykańskiej firmy korzysta także m.in. Adam Blythe (Aqua Blue Sport).

Jak doszło do kraksy? Otóż bezpośrednio po wyjechaniu z ronda, pierwszy na pomysł wskoczenia na przeciwległy – prawy pas, wpadł Fabio Felline (Trek – Segafredo), za nim podążył Matti Breschel (EF Education First-Drapac), a kolejno ten sam kierunek obrał Mark Cavendish, natrafiając na przeszkodę w postaci żółtego znaku na wysepce, co zakończyło się efektownym saltem.

Oto jak „sprawca” zamieszania wygląda w rzeczywistości w Google Street View:

 

 

Cały żółty pachołek (Indicatore di Direzione Monolitico), jest dość sporych rozmiarów – ok. 1,5 m wysokości i 1 m szerokości, a więc w normalnych okolicznościach, ciężko jest go nie zauważyć. Problem w tym, że poza tym znakiem, oba pasy ruchu, przedzielone były jeszcze krótkim fragmentem spłaszczonego krawężnika. Zawodnik Treka przejechał jeszcze obok tego wybrzuszenia, Breschel musiał już najprawdopodobniej podskoczyć nad nim, zaś MaxMan nie zdążył już tego wykonać. Jednakże brak tego krawężnika, raczej nie uratowałby byłego mistrza świata, bowiem od momentu podjęcia swojej decyzji, zdaje się być na „kursie kolizyjnym” ze znakiem. Wydaje się, że Cav pierwszy kontakt z przeszkodą nawiązał od lewej strony, ale siła uderzenia była tak duża, że podczas oderwania zawodnika od roweru, pękły żyłki prawego buta i również on wyleciał w powietrze. Prawdopodobnie to właśnie brak ochrony w postaci obuwia na nodze przy samym upadku na asfalt, skutkował u Marka dodatkowym urazem kostki.

Upadającego Cavendisha ominął jeszcze prawą stroną Koen Bouwman (LottoNL-Jumbo) i to od jego lewego biodra odbił się pomarańczowy but zawodnika z Wyspy Man, trafiając tym samym na półkę żółtego znaku drogowego. Takiego szczęścia nie miał już Anthony Turgis (Cofidis), który najechał na leżącego Cavendisha, łamiąc przy tym lewy obojczyk. Później Mark z Anthonym spotkali się jeszcze w szpitalu w San Remo.

Jadący zaś po lewej stronie Cava Koen De Kort (Trek – Segafredo) nie był pewien czy to może on nie zepchnął Brytyjczyka na wysepkę.

Od razu, wśród komentatorów telewizyjnych (brytyjski Eurosport) jak i części internautów, pojawiły się głosy mówiące o słabym zabezpieczeniu feralnego miejsca przez organizatorów. Osoba porządkowa z gwizdkiem i czerwoną chorągiewką stała jednak przed wjazdem na rondo. Kierunek jazdy i ogólne zagrożenie zostało więc wskazane. Obecność kolejnej wysepki przy wyjeździe z ronda wydaje się być dość naturalna. Gdyby jednak przed wielkogabarytowym, żółtym znakiem ustawiono drugiego „marszala”, nie ma pewności że i tak jakiś zawodnik nie spróbowałby przeskoczyć na przeciwną stronę jezdni.

Na zdjęciach wykonanych po samej kraksie widzimy, że Cervelo Cavendisha nie pękło na pół, jak ma to często miejsce przy podobnych zdarzeniach. Złamana jest za to sztyca i nie można się dopatrzeć ramienia prawej korby (również odleciała wraz z prawym butem?).