Fot. Team Sky

Od rana internet szaleje, telefony wciąż dzwonią, pytania napływają z każdej strony. Podejrzenie dopingowej wpadki Chrisa Froome’a bardzo mocno wstrząsnęło światem sportu. Przede wszystkim najwięcej cierpkich słów napływa ze strony kibiców, co specjalnie nie dziwi. Należy jednak nieco ostudzić nastroje i podejść do sprawy z odpowiednim dystansem.

Najbardziej popularne na wszelkich forach, fanpage’ach i grupach facebookowych jest obrzucanie błotem wszystkich sportowców – astmatyków, którzy przez wielu fanów wysyłani są na paraolimpiadę. W końcu przecież “mają dzięki temu ogromną przewagę wydolnościową”. Otóż drodzy Państwo wcale tak nie jest. Problem astmy w sportach wydolnościowych jest bowiem dużo bardziej złożony.

Astma, która męczy wielu czołowych zawodników na świecie, może mieć kilka różnych źródeł. Przede wszystkim jest częstym “kolegą” najprostszych alergii. Czy to pyłki, czy pleśnie, czy kurz – działanie alergenów bezpośrednio wpływa na delikatne oskrzela. Każdy, kto miał “przyjemność” żyć z podobnym problemem doskonale rozumie jak źle wpływa na oddech. Drugim, równie ważnym powodem pojawienia się astmy jest wejście na pewien poziom wydolnościowy. Jak wiadomo, organizm ma pewne ograniczenia. Wchodząc na najwyższe obroty, można być praktycznie pewnym, że działanie układu oddechowego przestanie nas zadowalać. Ma na to wpływ zarówno ilość treningów, jak i jakość i ilość wdychanego powietrza. Oskrzela nie są ze stali.

Branie leków na astmę, a w szczególności salbutamolu, nie ma na celu uzyskania przewagi nad rywalami. Wręcz przeciwnie – w momencie “ataku”, aplikacja dozwolonej ilości środka może jedynie umożliwić szybki powrót na wytrenowany przez wiele lat poziom. Warto także pamiętać, że korzystają z tego także biegacze (zarówno narciarze, jak i lekkoatleci), biathloniści, triathloniści czy zawodowi tancerze.

Zsyłanie astmatyków na cenzurowane jest w zawodowym sporcie kompletnym nieporozumieniem. Idąc tą drogą powinniśmy m.in. odebrać wszystkie medale olimpijskie tak szanowanemu w naszym kraju Robertowi Korzeniowskiemu. Mało kto z kibiców o tym pamięta. Co więcej, także inne schorzenia towarzyszące zawodowcom powinny z automatu pozbawiać ich możliwości walki o najwyższe cele. Tym samym, kontraktu w grupie zawodowej podpisywać nie powinien Robert Gesink, u którego wyleczono arytmię pojawiającą się w końcówkach, czy Steven Kruijswijk, który kilka lat temu przeszedł operację układu krwionośnego w jednej z nóg, drętwiejącej przy osiągnięciu pewnej mocy.

Celem tego tekstu nie jest jednak wybielanie Chrisa Froome’a i bagatelizowanie całej sprawy. Bez wątpienia, Brytyjczyk mocno przesadził i powinien ponieść odpowiednie konsekwencje. W końcu dwukrotne przekroczenie dozwolonego stężenia salbutamolu jest wręcz równoznaczne z celową próbą wykorzystania substancji dla poprawienia swoich możliwości (choć z medycznego punktu widzenia, akurat salbutamol nie ma takiej mocy). Póki co wydaje się, że to lekarze zadecydują o tym, jak wysoka kara spotka czterokrotnego zwycięzcę Tour de France.

W całej sprawie żal mam jedynie do jednej z najważniejszych organizacji sportowych na świecie. Mowa oczywiście o UCI, która wydała swoje oświadczenie jako ostatnia (szybsze były gazety i sam Team Sky). Co więcej, wyniki próbki A były znane praktycznie 3 miesiące temu. Dodatkowo, sprawa wyszła na jaw w dużej mierze dzięki brytyjskim dziennikarzom śledczym. Tym samym istnieje bardzo mocne podejrzenie, iż Międzynarodowa Unia Kolarska miała zamiar zamieść wszystko pod dywan. Czy właśnie tego oczekujemy od Davida Lappartient i jego świty? Wygląda to podobnie do sprawy Armstronga, a powtórki chyba nie chce nikt.