fot. rouleurcc

Naszą małą kolarską podróż kontynuujemy dziś na szosach Belgii i północnej Francji. Wszystko za sprawą Fabiana Cancellary, który wiosną 2010 roku był najsilniejszy w swojej bogatej karierze.

Występy Spartakusa sprzed 7 lat na długo zostaną w pamięci kibiców. Powodów tego jest wiele. Po pierwsze, Szwajcar najzwyczajniej w świecie zmiótł rywali z powierzchni ziemii. Po drugie, już kilka dni po Paryż – Roubaix, jeden z najlepszych kolarzy ostatnich lat został oskarżony o używanie mechanicznego dopingu, o czym ostatnio przypomniał wszystkim Phil Gaimon.

Najpierw jednak warto przyjrzeć się bezpośrednio wyścigom. Już od lutego 2010, Cancellara był w więcej niż doskonałej formie. Świadczy o tym choćby fakt, iż udało mu się zwyciężyć w klasyfikacji generalnej Tour of Oman, a przecież bardzo łatwo nie było.

Najważniejsze miało jednak miejsce na deszczowej i chłodnej północy. Podczas brukowanych klasyków, Cancellara nie miał sobie równych. Nie miał znaczenia fakt, że w bardzo dobrej formie są też tacy kolarze jak Tom Boonen, Bjorn Leukemans czy Thor Hushovd. Co prawda zwycięstwo Spartakusa w wyścigu E3 nie było wielką niespodzianką, lecz to, co działo się tydzień później przeszło już do historii.

De Ronde od samego początku było kontrolowane przez kolegów Cancellary. Szwajcar miał jednak, nie licząc własnych nóg, jeszcze jednego asa w rękawie. Mowa o Mattim Breschelu, który notował bardzo solidny sezon, co pozwoliło mu zyskać miano solidnego drugiego noża w ekipie Spartakusa. Wszystko zaowocowało tym, iż 70 kilometrów przed kreską, grupa faworytów liczyła zaledwie 20-30 kolarzy.

Mało kto spodziewał się, iż już na Molenbergu, usytuowanym 44 kilometry przed metą, na czoło wysforują się Boonen i Cancellara. Największe duo specjalistów od wyścigów jednodniowych, jakie kolarskiemu światu przyniósł XXI wiek, szybko zdołało zyskać sporą przewagę, mając świadomość, że to między nimi rozegra się walka o zwycięstwo.

Legenda zaczęła się tworzyć w ukochanym przez kibiców Geerardsbergen. To własnie na Kapelmuurze Spartakus w kapitalnym stylu odjechał Tornado Tomowi, rozpoczynając 15 kilometrową jazdę na czas. W końcówce Cancellara zdołał zbudować jeszcze ponad minutową przewagę, totalnie niszcząc swoich rywali.

Po tak znakomitej postawie we flandryjskiej piękności, znakomity Szwajcar stał się głównym faworytem do zwycięstwa w Paryż – Roubaix i skompletowania brukowango dubletu. Jeszcze przed wyścigiem wydawało się jednak, że niektórzy kolarze będą starali się za wszelką cenę pokonać Spartakusa, nie dopuszczając do jego kompletnej dominacji. Jak było? Każdy z nas wie.

Paryż – Roubaix 2010 zostało uznane za jeden z najnudniejszych wyścigów klasycznych w ostatnich latach. “Winny” temu jest nasz dzisiejszy bohater, który odjechał rywalom jak Pendolino jednemu z pociągów spółki Polregio. Tym razem wyścig skończył się już 48 kilometrów przed metą. Na velodrom w Roubaix, Spartakus przyjechał dwie minuty przed duetem Hushovd – Flecha. To chyba mówi wszystko.

Tak wielkie występy Cancellary dość szybko zostały jednak “poddane pod wątpliwość”, a przynajmniej starali się to zrobić włoscy dziennikarze. Bardzo popularny stał się zarzut, iż Szwajcar, po raz pierwszy w historii (najprawdopodobniej) skorzystał z mechanicznego dopingu. Filmów i artykułów próbujących to udowodnić powstało więcej niż wiele. Najwięcej teorii spiskowych dotyczyło zmiany roweru przez dzisiejszego bohatera, która miała miejsce zarówno we Flandrii, jak i północnej Francji. My jednak wciąż jesteśmy więcej niż pewni, iż Spartakus był wówczas najzwyczajniej w formie życia.