Fot. Quick-Step Floors / © Tim De Waele

Był tylko chłopcem, kiedy ze łzami w oczach i złamanym sercem po raz pierwszy pokonywał linię mety w San Remo, jednak długa droga do Mediolanu uczyniła z niego pełnoprawnego mężczyznę. I choć cały czas jeszcze uparcie nazywamy go sprinterem, jego przyszłość już wkrótce napiszą hellingen Flandrii i bruki Roubaix. Oto Fernando Gaviria, Kolumbijczyk z innej bajki.

Skrajnie cichy i nieśmiały, odzywa się tylko w razie zaistnienia wyższej konieczności. Kiedy jednak wsiada na rower, jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczyna płonąć w nim latynoski ogień, staje się niecierpliwy i krzyczy. Może pochwalić się największą liczbą zwycięstw w minionym sezonie i wyśnionym debiutem w wielkim tourze, choć jeszcze kilka lat temu usłyszał, że żadnej kariery w zawodowym peletonie nie zrobi – jak na panujące w jego ojczyźnie standardy był za duży, zbyt masywny. Nie poddał się jednak wierząc, że również dla niego znajdzie się tam miejsce, a jego potencjał okazał się tak wielki, że największym ograniczeniem jego rozwoju może okazać się ogrom wyboru.

Jego pojawienie się na kolarskim firmamencie było jak wybuch supernowej – niemożliwe do zignorowania. I chociaż wielu obserwatorów dyscypliny bardzo sceptycznie odnosi się do czynienia długofalowych prognoz w odniesieniu do tak młodych zawodników, tym razem nie było wątpliwości. 20-latek z La Ceja ze startu został ogłoszony talentem na miarę całej generacji.

Gaviria, nasz kolumbijski sprinter, jest najbardziej ekscytującym zawodnikiem, jaki od wielu lat pojawił się w kolarstwie,

– powiedział w wywiadzie udzielonym CyclingTips w 2015 roku Brian Holm, skądinąd mający pewne doświadczenie w pracy z najszybszymi kolarzami zawodowego peletonu.

Jest kompletnym zawodnikiem, potrafi się również wspinać. Jest jak Sagan. Potrafi pokonać mniejsze podjazdy nawet po tym, jak cały dzień pracował na czele peletonu. Większość sprinterów trudno nazwać kompetentnymi góralami, jednak on radzi sobie także w takim terenie. Ma w sobie to coś ekstra i nie ujmuje to mu na szybkości.

Był to dopiero początek kariery sprintera Quick-Stepu, jak również porównań łączących go z nieprzerwanie nam panującym mistrzem świata. Holmowi wtórował między innymi Alessandro Petacchi, który w tym roku wziął Gavirię pod swoje skrzydła, wynajmując mu mieszkanie i służąc bezcennym doświadczeniem.

Myślę, że on jest nowym Saganem, jest fenomenalny. Imponuje mi jego naturalny talent i podoba mi się łatwość, z jaką przemieszcza się w peletonie,

– powiedział w rozmowie z Cyclingnews Petacchi.

Sam Gaviria jednak, choć ze Słowakiem łączy go znacznie więcej, niż wykonywanie spektakularnych wheelies na zawołanie, chce odcisnąć na kolarstwie swoje własne piętno. I mimo że z natury jest skrajnie małomówny, ma na swoją karierę szczegółowo obmyślony plan. Trudno też wyobrazić sobie, aby jego osobowość miała w kolejnych latach przejść spektakularną przemianę na miarę również niegdyś wycofanego Sagana.

Jestem cichą osobą, która ma wszystko dokładnie zaplanowane, by móc wieść spokojne życie w przyszłości. Zawsze mam w głowie kilka celów i nieodpartą chęć jak najszybszego ich zrealizowania, dzięki czemu mogę dokonywać stałych postępów i koncentrować się na nowych, jeszcze większych planach.

Ambicje? Jestem kolarzem, ponieważ sprawia mi to przyjemność, jednak sprawia mi znacznie większą, kiedy wygrywam. Od dziecka chciałem być najlepszy i ciężko trenowałem, by każdego dnia przybliżać się do tego celu,

– powiedział w wywiadzie udzielonym magazynowi Rouleur Gaviria.

Pewnego dnia, chcę zapisać moje własne nazwisko w annałach kolarstwa,

– dodał.

Torowe mistrzostwa świata juniorów 2012 (Invercagill, Nowa Zelandia)

Kolumbijczyk miał zatem również plan na miniony sezon, który sprowadzał się najzwyczajniej do tego, by wygrywać jak najwięcej. Już teraz wiemy, że ten cel udało mu się zrealizować – wszak pod względem ilości odniesionych zwycięstw (14) dorównał mu jedynie ścigający się w tych samych barwach Marcel Kittel, jednak miniony rok wbrew pozorom nie był nieprzerwanym triumfalnym marszem.

Wszystko rozpoczęło się dokładnie tak, jak miało, a zatem od podboju szczęśliwej dla Gavirii Argentyny. To właśnie tam w 2015 roku 20-letni wówczas Kolumbijczyk dał znać szerszej publiczności o swoim talencie, dwukrotnie pokonując w sprinterskich finiszach Marka Cavendisha. Od tego czasu rywalizacja przeniesiona została co prawda z San Luis do San Juan, jednak sprinter Quick-Stepu z precyzją szwajcarskiego zegarka każdorazowo odnosi w otwierającej sezon imprezie po dwa etapowe zwycięstwa, tym razem dzieląc się  trzema innymi z powoli żegnającym się z peletonem Tomem Boonenem i Maxem Richeze, z którym już niedługo stworzą niezawodny duet.

Quick-Step Floors – reszta świata: 5:2

Quick Step Floors / Tim De Waele

Równie dobrze 23-letni Kolumbijczyk prezentował się po przeniesieniu rywalizacji na szosy południowej Europy, pokonując Andre Greipela, Nacera Bouhanniego i Dylana Groenewegena w Volta ao Algarve oraz wygrywając zacięty pojedynek z Peterem Saganem, wieńczący pagórkowaty etap Tirreno-Adriatico.

Szczególne to drugie zwycięstwo wydawało się cenne, wskazywało bowiem, że Gaviria ponownie dysponuje dostatecznie wysoką dyspozycją, by liczyć się w decydującej fazie rozgrywania La Primavery. I chociaż Milano-Sanremo wydaje się wyścigiem uszytym na miarę talentu i potrzeb wytrzymałego sprintera Quick-Stepu, również i tym razem dowiodło, że spośród pięciu monumentów kolarstwa jest tym, który w istocie najtrudniej wygrać.

Kolumbijczyk na każdym etapie pokonywania piekielnie długiej trasy dzielącej Mediolan od wybrzeża Morza Liguryjskiego znajdował się we właściwej części głównej grupy, kiedy jednak Sagan zaatakował na Poggio, a za nim podążyli Michał Kwiatkowski i ścigający się w tych samych barwach Julian Alaphilippe, jego ręce były związane. O ile rok wcześniej zwycięstwo było dosłownie na wyciągnięcie ręki, tym razem odjechało wraz ze znakomitym tercetem, a w sprincie o czwarte miejsce Fernando dodatkowo musiał uznać wyższość zawsze niebezpiecznego w takich warunkach Alexandra Kristoffa.

Atak Sagana był spektakularny. Bez dwóch zdań był w znakomitej formie i zrobił z tego świetny użytek,

– powiedział tuż po zakończeniu rywalizacji.

To [taktycznie] skomplikowany wyścig, ale jednocześnie bardzo widowiskowy. Niełatwo jest go rozegrać na swoją korzyść, jednak mam przeczucie, że w przyszłości padnie moim łupem.

Quick-Step Floors / Tim De Waele

Źródłem największego rozczarowania nie tylko w czasie wiosennych miesięcy, ale w perspektywie całego minionego roku, była jednak kampania rozgrywanych na brukach klasyków. Niemal każdy 22-latek rozpoczynający swój drugi sezon w gronie zawodowców byłby zadowolony z miejsca w pierwszej dziesiątce Gent-Wevelgem, ale Gavirii zwyciężanie jak dotąd przychodziło zbyt łatwo, co bardzo szybko uczyniło go nienasyconym i niecierpliwym – a więc obdarzyło cechami, które nie najlepiej sprawdzają się w odniesieniu do wymagających dużego doświadczenia imprez jednodniowych.

Już tylko doświadczenia i cierpliwości brakuje bowiem młodemu Kolumbijczykowi, by złożyć jedną z nadchodzących wiosennych kampanii w idealną całość. Bo choć cały czas jeszcze nazywamy go sprinterem, nie bez powodu zamiast osuwać się w coraz dalsze odmęty peletonu podczas pokonywania kolejnych hellingen, z werwą wspina się on na czele całej stawki. Nie bez powodu zamiast czekać na ostatnie metry płaskich etapów, inauguruje on sprint możliwie jak najwcześniej, w młodzieńczej beztrosce nie zważając na rywali i podmuchy wiatru. Nie bez powodu jego najbardziej spektakularne zwycięstwa przychodzą wtedy, kiedy w szalonym slalomie powraca on z kolarskich zaświatów. Wreszcie nie bez powodu najwyższe rekomendacje wystawił mu sam Tom Boonen, a znający się na kolarstwie całkiem nieźle Patrick Lefevere nie szuka następcy utytułowanego Belga…

On ma nieograniczony potencjał. Osobiście wydaje mi się, że nie rozwinie się już znacząco jako sprinter – już teraz jest jednym z najszybszych – ale uważam, że dokona olbrzymich postępów w wyścigach tego typu [klasykach]. Są one również najbliższe jego sercu,

– powiedział o Gavirii tuż przed rozpoczęciem Tour de San Juan Boonen.

Ma potencjał, by zostać jednym z najznakomitszych specjalistów od wyścigów klasycznych – jestem tego pewien.

Byli niedowiarkowie, którzy nie dali się porwać temu szaleństwu. Były sugestie, że na ziemię sprowadzą Kolumbijczyka pierwsze występy na poziomie WorldTouru. Były zakłady o to, na którym z podjazdów dzielących Mediolan od San Remo Gaviria strzeli podczas swojego debiutu w La Primaverze, a trasa tegorocznych mistrzostw świata w Bergen miała być dla niego zdecydowanie za trudna.

A jednak Fernando niemal na każdym kroku przerasta i tak olbrzymie oczekiwania i udowadnia, że jest kimś znacznie więcej niż “zwykłym sprinterem”. I choć triumfy na Champs Elysees i zwycięstwo w klasyfikacji punktowej Tour de France jak najbardziej  znajdują się w jego zasięgu, on marzy o brukach Roubaix…

Wolę wyścigi jednodniowe, ponieważ są trochę intensywniejsze, wymagają znacznie większego poświęcenia. Uosabiają wszystko, co fascynuje mnie w kolarstwie,

– powiedział.

W odniesieniu do klasyków, cały czas muszę się wiele nauczyć. Bardzo liczy się w nich inteligencja – znajomość tych wyścigów – więc muszę zyskać trochę doświadczenia, zanim drużyna jak Quick-Step da mi szansę.

A zatem postęp w klasykach, nawet jeśli się dokonał, tym razem nie znalazł odzwierciedlenia w rezultatach. Zważywszy, jak znaczącym elementem wyników uzyskiwanych przez każdego sprintera jest wiara we własne możliwości, moment do zadebiutowania w wielkim tourze nie był optymalny. Sam Gaviria, próbując zaklinać rzeczywistość powtarzał, że celem jest etapowe zwycięstwo i założenie różowej koszulki lidera Giro d’Italia, jednak pierwsze dwa odcinki włoskiego wielkiego touru potwierdziły, że Fernando na nowo będzie musiał zbudować swoją pewność siebie.

Od czego jest jednak drużyna? Wszak walczący o etapowe sukcesy w wielkim tourze Quick-Step to zupełnie inna ekipa niż ta, która z powodzeniem kasuje swoje własne odjazdy podczas wyścigów klasycznych. Trzeciego dnia rozgrywania imprezy wszyscy spodziewali się ataku drużyny Patricka Lefevere’a na wiatrach, kiedy jednak do niego doszło, niewielu było w stanie utrzymać koło pociągu napędzanego siłą Boba Jungelsa, Laurensa De Plusa, Iljo Keisse, Maxa Richeze i samego Kolumbijczyka. Doprowadziło to do sytuacji, w której wówczas jeszcze 22-letni Gaviria miał swój wymarzony etapowy triumf na widelcu, a znacznie trudniejszym zadaniem od pokonania w sprincie Giacomo Nizzolo i Ridigera Saliga było – jak dla wykonującego “jedenastkę” napastnika – udźwignięcie ciężaru odpowiedzialności. Tym razem Fernando nie przestrzelił na Via Roma, w nagrodę tonąc w różu, confetti i morzu szampana.

Quick-Step Floors / Tim De Waele

I chociaż zwycięstwo w Cagliari i euforyczny dzień przerwy w roli lidera Giro d’Italia byłyby wystarczające, by rozliczyć sprintera Quick-Stepu z jego debiutu w wyścigu trzytygodniowym, on dopiero nabierał tempa. Zgodnie z przypuszczeniami, wymarzoną maglia rosa zmuszony był oddać na zboczach Etny, jednak powetował sobie te straty już kolejnego dnia, triumfując w całkiem klasycznym sprincie rozegranym w rodzinnym mieście Vincenzo Nibalego. To wówczas w jego głowie zakiełkowała myśl, by nie tylko pokonać najwyższe przełęcze w drodze do Mediolanu, ale podczas wielkiego finału wejść na scenę w cyklamenowej koszulce zwycięzcy klasyfikacji punktowej.

Myślę, że dotarcie do Mediolanu przemieni chłopca Fernando w mężczyznę. Dla mojej kariery to będzie bardzo ważny krok. Jeśli Pokonam linię mety etapu jazdy indywidualnej na czas w Mediolanie, wielką satysfakcję przyniesie mi świadomość, że ukończyłem swój pierwszy wielki tour. Zanim jednak tam dotrę, czeka mnie wiele ciężkich chwil.

Tak, chciałbym wygrać klasyfikację punktową, jednak przed nami jeszcze wiele dni wyścigowych i trudnych etapów do pokonania. Zobaczymy, jak będę sobie radził w kolejnych dniach.

A radził sobie doskonale. Przepychanka podczas nerwowego finiszu pozbawiła go zwycięstwa w Alberobello, jednak Kolumbijczyk kontynuował swój triumfalny pochód, kompletując hat-tricka pięć dni później w Reggio Emilia. Jego najbardziej spektakularny sukces – nie tylko w tym wyścigu, ale również w całej zawodowej karierze – przyszedł jednak podczas kolejnego odcinka, kiedy to na ostatnim kilometrze Fernando powrócił z kolarskich zaświatów, by w szalonym slalomie między rywalami i barierkami okraść Sama Bennetta z wymarzonego zwycięstwa. Istotnie, Gaviria rozpoczął tegoroczne Giro d’Italia jako nieśmiały chłopiec, jednak już na jego półmetku był niekwestionowanym królem sprintu.

Gaviria to Gaviria. W sprincie po swoje czwarte etapowe zwycięstwo dokonał czegoś niezwykłego. Stracił koło, po czym sam nadrobił duży dystans, zanurkował w niewielką lukę przy samych barierkach, czego nikt inny nie odważyłby się zrobić i wygrał,

– powiedział Patrick Lefevere, który miał przyjemność obserwować spektakularny popis swojego młodego sprintera na żywo w Tortonie.

Mamy też w swoim składzie Marcela Kittela, który jest potężniejszy, silniejszy i być może szybszy w pozbawionym technicznych trudności sprincie. Jednak gdyby Marcel znalazł się w identycznej sytuacji jak dziś Fernando, nacisnąłby na hamulce. Fernando nie hamuje podczas sprintów dzięki umiejętnościom, które wyniósł z rywalizacji na torze.

Kolejny Sagan? Być może, on także wydaje się być kompletnym zawodnikiem. Żeby jednak stać się gwiazdą pokroju Sagana, musi poprawić swój angielski. Tylko tego mu w tej chwili brakuje.

Fernando pokonał przełęcze Pirenejów i Alp, by stanąć na podium w Mediolanie jako zwycięzca klasyfikacji punktowej z dorobkiem, który musiał przerosnąć jego najśmielsze oczekiwania. Wyśniony dzień w różowej koszulce lidera Giro i cztery etapowe zwycięstwa uczyniły jego debiut w wyścigu trzytygodniowym jednym z najbardziej spektakularnych w ostatniej dekadzie, a jego samego pierwszym Kolumbijczykiem, który dokonał tej sztuki.

22-letni wówczas mężczyzna opuścił Italię z tarczą.

Fot. Quick-Step Floors / © Tim De Waele

Druga część sezonu, choć niepozbawiona smaczków, siłą rzeczy nie mogła się równać dokonaniom z maja. Już teraz możemy powiedzieć, że Kolumbijczyk wygrywał odcinki każdego wyścigu etapowego, w którym wziął w tym roku udział, a jego występ w mistrzostwach świata – dla niego samego rozczarowujący – ponownie zamknął usta krytykom. Nie pierwszy raz zbyt trudna trasa nie okazała się dla niego dostatecznie trudna, a ułańska szarża wewnątrz ostatnich 5 kilometrów nie tylko przypomniała, że cały czas ma w sobie coś z chłopca, ale jeszcze raz dowiodła, że w przeciwieństwie do rasowych sprinterów nie boi się poszukiwać niestandardowych rozwiązań.

Pełen sukcesów drugi rok w gronie zawodowców 23-latek zakończył zwieńczonym czterema etapowymi sukcesami i zwycięstwem w klasyfikacji punktowej pogromem Chin, skąd pożeglował do swojej rodzinnej Kolumbii. Myślami natomiast jeszcze dalej, w kierunku hellingen Flandrii i bruków Roubaix, z którymi zmierzy się po raz pierwszy już w przyszłym sezonie.

Pomyślnych wiatrów, Fernando…