Fot. Cannondale-Drapac

Trzydzieści osiem miesięcy temu Taylor Phinney miał kraksę, która niemal zakończyła jego karierę. Dziś debiut w Tour de France rozpoczął od prowadzenia w klasyfikacji górskiej i pokazu mocy w ucieczce dnia. 

Pięć tygodni przed Tour de France 2014 Taylor Phinney był pewien, że znajdzie się w składzie BMC (bo w tej drużynie wówczas się ścigał) na ten wyścig. Plany pokrzyżowała mu jednak bardzo poważna kontuzja nogi, która mogła sprawić, że Amerykanin nigdy więcej nie wsiądzie na rower jako zawodowy kolarz.

Bieżący sezon jest pierwszym, w którym jeździ z drużyną Cannondale-Drapac. Wydaje się, że Phinney odzyskuje nie tylko dobrą formę, ale także radość z uprawiania kolarstwa, czego dowodem jest jego aktywna jazda od samego startu Wielkiej Pętli w Düsseldorfie.

Taki był nasz plan od samego rana

– tak Phinney tłumaczy zabranie się w ucieczkę, by zbierać punkty na górskich premiach.

Fakt, że plan udało się zrealizować już pierwszego dnia jest fantastyczną rzeczą dla drużyny. Oddziałuje to na nas pozytywnie, ponieważ wszystko toczy się pomyślnie. To jest mój pierwszy rok z Cannondale-Drapac, cieszę się, że jestem tym, który włączył zapłon

– powiedział Phinney.

Drugi etap 104. edycji Tour de France liczył 203,5 kilometra, a po drodze znajdowały się dwie górskie premie czwartej kategorii – na szóstym kilometrze i sto osiemdziesiątym trzecim.

Przeanalizowaliśmy trasę tego etapu, punkty, na których możemy coś dla siebie ugrać. Wiedzieliśmy, że Taylor wygra pierwszą górską premię, a jeśli nawet nie wygrałby drugiej, to i tak zostałby najlepszym góralem, ponieważ plasuje się wysoko w klasyfikacji generalnej. Zdawaliśmy sobie sprawę także z tego, że jeśli odjedzie ucieczka, to stanie się to bardzo szybko, bo pierwszy podjazd znajdował się zaraz po starcie

– tak taktykę drużyny Cannondale-Drapac wyjaśnił jej dyrektor sportowy Tom Southam.

Taylor Phinney udał się na start honorowy już dwadzieścia minut przed czasem, by zająć dobre miejsce w peletonie.

Gdy to zrobił, wiedzieliśmy, że potraktował nasz plan poważnie. W to, co zaplanowaliśmy na ten dzień włożył wszystkie swoje siły – niczego więcej nie można oczekiwać od profesjonalnego kolarza

– dodał Southam.

O ile pierwszą górską premię Amerykanin wygrał dość łatwo, to na drugiej musiał już włożyć więcej sił i na poważnie powalczyć z rywalami. Mimo to zdołał jeszcze pogonić w dół wraz z Yoannem Offredo (Wanty-Groupe Gobert). Phinney spodziewał się, że peleton dojdzie ich przed drugim podjazdem, ale tak się nie stało najprawdopodobniej z powodu kraksy, która w naturalny sposób wyhamowała peleton. Gdy kolarz Cannondale-Drapac zwietrzył szansę na dojechanie do mety, nie zastanawiał się i przypuścił jeszcze jeden atak.

Z Yoannem ścigaliśmy się już nie raz. Zawsze byliśmy przyjaźnie do siebie nastawieni. Gdy przekroczyliśmy kreskę, podałem mu rękę i powiedziałem: Kolego, od teraz będziemy kumplami na całe życie. Dla niego to jest także pierwszy Tour w karierze, przeżyliśmy dziś razem coś specjalnego

– ekscytował się Taylor Phinney.

Taylor Phinney jest pierwszym Amerykaninem, który prowadzi w klasyfikacji górskiej od 2011 roku, kiedy to właścicielem białej koszulki w czerwone grochy był Tejay van Garderen.

Dziennikarz amerykańskiej telewizji NBC oraz reporter Eurosportu zapytali Phinneya o plany dotyczące obrony maillot à pois rouges. 

Człowieku, każdy chciałby wiedzieć, jak długo będę ją nosił. Po prostu żyjmy chwilą

– odparł.