W koalicji z Bobem Jungelsem i Iljo Keisse, Sardynia w ostatniej chwili wysypała z rękawa wszystkie swoje asy, oferując nam zapierającą dech końcówkę i skąpanego w spumante lidera wyścigu. Sąsiednia Sycylia nie każe nam jednak tak długo czekać, a na zboczach gorącej Etny już we wtorek posypią się pierwsze iskry.

Dopiero drugi raz w historii Giro d’Italia zdarzyło się, że pierwsze trzy dni rywalizacji przyniosły trzech różnych etapowych zwycięzców i taką samą liczbę liderów wyścigu. I chociaż podobnie jak jego maleńki rodak z departamentu Boyaca, Fernando Gaviria musiał mieć do szkoły pod górkę, najwyraźniej nie było mu tam szczególnie po drodze. 22-letni zawodnik ekipy Quick-Floors jak na sprintera wspina się całkiem przyzwoicie, jednak po dwóch nocach przespanych w maglia rosa zamiast piżamy, zmuszony będzie złożyć wyśnioną koszulkę na najprawdopodobniej nieco wątlejsze barki.

Jeśli tak się stanie, również po raz drugi w historii zdarzy się, że pierwsze cztery dni rywalizacji w La Corsa Rosa przyniosą czterech różnych zwycięzców etapowych i taką samą liczbę liderów. Po raz pierwszy taka sytuacja miała miejsce w roku 2010, a jako czwarty różową koszulkę założył wówczas sam Rekin z Messyny – Vincenzo Nibali.

I chociaż tego typu statystyczne wyliczanki interesują pretendentów do tytułu zwycięzcy 100. edycji Giro d’Italia najmniej, jak donoszą związane z kolarstwem media, między głównym faworytem i obrońcą tytułu jeszcze przed dotarciem do podnóża Etny zaczęło iskrzyć. Wzajemny szacunek i koleżeństwo oczywiście są częściami składowymi tej pięknej dyscypliny sportu, jednak nic nie wpływa równie korzystnie na dramaturgię i jakość rywalizacji w wielkim tourze, jak niezwerbalizowany konflikt pomiędzy liderami najsilniejszych ekip.

O ile więc wcześniej można było się obawiać, że znudzona sennym klimatem rozgrywanych na Sardynii odcinków Etna nie dostarczy oczekiwanych emocji, obecnie wszystko wskazuje na to, że na jej zboczach dojdzie do pierwszej próby sił. Czy zaśpiewa wychowanemu u jej podnóża Vincenzo Nibalemu? A może to wspinający się z niezrównaną niemal lekkością Nairo Quintana zatańczy na wulkanie?

Oto, co na temat 4. etapu 100. edycji wyścigu Giro d’Italia mieliśmy do powiedzenia jeszcze przed rozpoczęciem imprezy:

Etap 4, 9 maja: Cefalu > Etna (181 km, ****)

Pierwsze górskie uderzenie nadchodzi szybko i należy do wyjątkowo soczystych – jak cała trasa 100. edycji Giro d’Italia. Transfer z Sardynii na Sycylię i finisz na szczycie Etny już czwartego dnia rozgrywania wyścigu oznacza, że pretendenci do walki o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej nie będą mogli przystąpić do rywalizacji niedogotowani, cierpliwie czekając na ostatni tydzień (patrzę na ciebie, Vincenzo). Choć etap może paść łupem uciekinierów – przejęcie koszulki lidera w tak wczesnej fazie nie jest rozpatrywane jako idealny scenariusz – przy takiej liczbie kandydatów do tytułu ktoś może powiedzieć „sprawdzam”.

Ze względów, których nie trzeba nawet werbalizować, w odniesieniu do wtorkowego etapu to Etna skupia na sobie cały blask i światło reflektorów. Konieczne jest jednak podkreślenie, że w istocie odcinek ten zawiera czwarty i szósty najtrudniejszy podjazd 100. edycji Giro d’Italia, a tym drugim jest Portella Femmina Morta (32,7km, 4-5%, max. 8%). Intuicja tym razem Państwa nie zwodzi, to rzeczywiście Przełęcz Martwej Kobiety, jednak nie zdołałam doszukać się etymologii tej nazwy – czekam na podpowiedzi i sugestie.

Średnie ani maksymalne nachylenie pierwszego podjazdu 4. etapu nie straszy, jednak już jego długość bez większych trudności zawstydza legendarne wzniesienia Tour de France. Liderom na klasyfikację generalną posłuży co najwyżej jako rozgrzewka, ale jednocześnie sprawi, że walka o znalezienie się w odjeździe dnia będzie ekstremalnie zacięta i zobaczymy w nim nazwiska, których wszyscy się spodziewamy.

Pokonywany od najtrudniejszej strony decydujący podjazd do Rifugio Sapienza jest krótszy i bardziej stromy od Portella Femmina Morta (18km, śr. 6.6%, max. 12%). Do Monte Zoncolan co prawda się nie zbliża, ale pokonywany już czwartego dnia rozgrywania wyścigu z pewnością pozwoli wskazać, kto z pretendentów do tytułu już na tym etapie dysponuje wysoką formą, a kto nieco przespał przygotowania.

Ponieważ mam słabość do kwiecistej mowy i finezyjnych porównań, musiałam po drodze umieścić sugestie dotyczące sypiących się iskier i ognistej walki na zboczach wulkanu. Prawda jest jednak taka, że prędzej sama Etna eksploduje, niż podjeżdżający pod nią peleton, a z trzyosobowej grupy pochodzących z Sycylii zawodników to Paolo Tiralongo (Astana) i Giovanni Visconti (Bahrain-Merida) mają większe szanse na odniesienie etapowego sukcesu, niż odgrażający się Vincenzo Nibali (Bahrain-Merida).

Ponieważ sukces ucieczki jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, warto wymienić innych żelaznych kandydatów do udziału w odjeździe dnia. Będą to: Omar Fraile, Daniel Teklehaimanot, Igor Anton (Dimension Data), Dario Cataldo, Luis Leon Sanchez (Astana), Sergey Firsanov (Gasprom-Rusvelo), Ruben Plaza (Orica-Scott), Jan Polanc (UAE Team Emirates), Matteo Montaguti, Alexandre Geniez (Ag2r-La Mondiale), Giulio Ciccone (Bardiani-CSF), Felix Grosschartner (CCC Sprandi Polkowice) całe Cannondale-Drapac.

Różnice czasowe między liderami na klasyfikację generalną w końcu się pojawią, jednak nie będą duże, a do ostatnich 2-3 kilometrów od linii mety zajęci będą oni głównie patrzeniem na siebie nawzajem. Największymi beneficjentami powinni okazać się najlepsi górale wyścigu, jak Nairo Quintana (Movistar), Vincenzo Nibali, Steven Kruijswijk (LottoNL-Jumbo), Adam Yates (Orica-Scott) czy Thibaut Pinot (FDJ). Jeśli jednak któryś z nich połasi się na oferowane na mecie bonifikaty czasowe, wyścig może eksplodować after all

 

Pełną zapowiedź 100. edycji Giro d’Italia można znaleźć > tutaj.

Mapy i profile tutaj

Lista startowa tutaj

Plan transmisji TV > tutaj