Astana Pro Team

Rower, nawet najlepszy, sam nie pojedzie. Podobnie jest z nazwiskiem. Bycie synem sławnego ojca być może otwiera wiele drzwi i ułatwia start w zawodowym zawodowym sporcie, jednak jednocześnie łączy się ze znacznie wyższymi oczekiwaniami. Na własnej skórze przekonali się o tym chociażby Nicolas Roche i Moreno Moser. Czy Riccardo Minali sprosta presji?

Pochodzi z okolic Werony i jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, jeszcze przed świętowaniem przypadających na drugą połowę kwietnia 22. urodzin zadebiutuje w Paris-Roubaix. Jego występy jako zawodnika Team Colpack w wyścigach kategorii U23 zwróciły uwagę największych drużyn WorldTouru, między innymi słynącego z dobrego nosa do młodych sprinterów Quick Stepu. Ostatecznie Minali zdecydował się zasilić włoską frakcję Astany, co najprawdopodobniej było znacznie lepszą decyzją, niż w pierwszej chwili może się wydawać.

Chociaż Riccardo nie będzie zmuszony mierzyć się z legendą pokroju Eddy’ego Merckxa, Stephena Roche’a czy Francesco Mosera, jego ojciec – Nicola – ma na swoim koncie kilka znaczących osiągnięć. Ścigając się w barwach drużyn Gewiss i Riso Scotti, w latach 90. wygrał Paris-Tours i skutecznie rywalizował o etapowe zwycięstwa w wyścigach trzytygodniowych. Oczywiście jako sprinter. 21-latek przyznaje, że był on bohaterem jego dzieciństwa i ciągle stanowi jedno z najważniejszych źródeł inspiracji, jednak nie stara się być jego wierną kopią.

“Kiedy byłem małym chłopcem, tata był moim bohaterem. Miałem zwyczaj czekać na jego powrót do domu z treningów. Byłem obecny, kiedy wygrał etap wieńczący Tour de France w 1997 roku, jednak miałem wówczas jedynie dwa lata i podobno spałem w ramionach dziadka,”

– powiedział w wywiadzie udzielonym Cyclingnews i Gazzetta dello Sport Riccardo.

“Mój ojciec jest drobniejszy ode mnie i być może był bardziej dynamiczny w końcówkach. Jestem pewien, że odziedziczyłem część jego talentu, jednak jesteśmy innymi sprinterami. Jego przyspieszenie było imponujące. On bardziej przypominał Cavendisha, mnie można porównać do Vivianiego, którego znam bardzo dobrze ponieważ obaj pochodzimy z okolic Werony.”

“Tata zawsze mi pomagał, jednocześnie pozwalając mi robić wszystko po swojemu, ścigać się po swojemu i popełniać swoje własne błędy. Obecnie niewiele jeździ już na rowerze, jednak wspólnie analizujemy moje sprinty, dyskutujemy o sukcesach i porażkach. Jest dla mnie wzorem, ale podtrzymanie rodzinnej tradycji jest już wyłącznie moim zadaniem.”

Wyróżniając się na tle włoskiej młodzieży, Minali junior bardzo liczył na rolę lidera reprezentacji Italii na wyścig ze startu wspólnego kategorii U23 zeszłorocznych Mistrzostw Świata w Katarze. Ostatecznie federacja zdecydowała się dopuścić do udziału kolarzy ścigających się w zawodowych grupach i postawić na Jakuba Mareczko, tym samym zmuszając młodszego ze sprinterów do pełnienia obowiązków pomocnika. Rozczarowany Riccardo tak czy inaczej zdołał zwrócić uwagę największych ekip WorldTouru, a oferta złożona mu przez skądinąd znanego z żyłki do biznesu Alexandre Vinokourova okazała się tą nie do odrzucenia.

“Kiedy otrzymałem propozycję od Astany, nie zastanawiałem się dwa razy. Jak mówimy we Włoszech, kiedy nadjeżdża pociąg, trzeba do niego wskoczyć.”

A wraz z odejściem niekwestionowanego bohatera Tour de Langkawi Lake, Andrei Guardiniego, pociąg z Kazachstanu istotnie stanowił dla młodego i najprawdopodobniej bardziej utalentowanego sprintera wyjątkowo korzystne połączenie. Potwierdzenie tego faktu Minali znalazł już podczas swojego debiutanckiego występu w Wyścigu Dookoła Dubaju, gdzie cieszył się rolą podstawowego sprintera Astany. Imponując umiejętnością walki o pozycje podczas chaotycznych końcówek, 21-latek z Werony trzy spośród czterech rozegranych etapów ukończył w czołowej dziesiątce, na ostatnim z nich ulegając jedynie Kittelowi i Vivianiemu. Zdołał też utrzeć nosa Mareczce, kilkukrotnie go pokonując i kończąc wyścig wyżej w klasyfikacji generalnej – na 7. miejscu.

“Udział w tym wyścigu i nabranie pewności, że mogę liczyć się w sprintach było pozytywnym doświadczeniem, jednak nie jestem z siebie aż tak zadowolony, jak być może powinienem. Chciałem ukończyć go na podium.”

Ambicji zatem Riccardo nie brakuje. A jak u niego z marzeniami?

“Jak każdy młody Włoch, naturalnie marzę o odniesieniu zwycięstwa w Milano-Sanremo, jednak kocham także Paris-Roubaix. Bruki mnie fascynują. Boonen od początku był moim idolem, dlatego świadomość, że zadebiutuję w nim właśnie wtedy, kiedy on będzie się żegnał z zawodowym kolarstwem, jest czymś absolutnie specjalnym. Nie mogę się doczekać.”

A my trzymamy kciuki. Ciągnące się przez całą dekadę pojedynki Fernando Gavirii i Caleba Ewana mogłoby się nam wszystkim dość szybko znudzić.