(c) ASO/ letour.fr

Trzeci tydzień rywalizacji w wielkim tourze wywołuje dreszcz emocji i budzi grozę. Przeprowadzane wówczas ataki przechodzą do historii, zwycięstwa stają się legendarnymi, a porażki mają wyjątkowo gorzki smak. I chociaż Tour de France to nie Giro d’Italia, które swój punkt kulminacyjny zawsze osiąga tuż przed finałową paradą przyjaźni, tegoroczna trasa daje dość miejsca i czasu, by odwrócić bieg wydarzeń…

Faworyt gospodarzy, jeszcze przed dwoma dniami niemal słaniający się na rowerze, w wyniku wyjątkowo trafnej diagnozy lekarskiej i mikroskopijnej modyfikacji sprzętu odrabia 5 minut na ostatnich dwóch etapach.

Nie, tego nie doświadczymy w Wielkiej Pętli. Jednak niezależnie od tego, po której ze stron batalii o triumf w najbardziej prestiżowym wyścigu trzytygodniowym przyszło nam się opowiedzieć, nie możemy być w pełni usatysfakcjonowani dotychczasowym przebiegiem rywalizacji. I już środowy etap powinien nam to częściowo wynagrodzić.

Miłośnicy talentu Chrisa Froome’a – a wiem, że są tacy – na pewno są zadowoleni z aktualnej sytuacji w klasyfikacji generalnej Tour de France. Ich faworyt cały czas dysponuje imponująco silną drużyną i popisywał się jak dotąd poziomem agresji, na który nigdy wcześniej nie było go stać. Z drugiej strony znaczną część swojej przewagi zbudował dzięki chytrym atakom na wiatrach i kontrowersyjnym decyzjom jurorów. Powinien zatem zadać teraz decydujący cios i dowieść swojej supremacji w górach, zanim dołączy do znamienitego grona trzykrotnych triumfatorów wyścigu.

Zwolennikom każdego innego rozwiązania doskwierać musi świadomość, że jeżeli sytuacja ma się odwrócić, musi się zacząć odwracać już TERAZ.

Pierwszy z bloku czterech alpejskich etapów odcinek wydaje się idealnym do przeprowadzania wyjątkowo soczystego ataku. Oto, co na jego temat napisaliśmy jeszcze przed rozpoczęciem 103. edycji Tour de France:

Etap 17, 20 lipca: Berne – Finhaut-Emosson (185 km)

Zaproponowany w zeszłym sezonie potężny blok czterech alpejskich etapów, bezpośrednio poprzedzających końcową paradę w Paryżu, okazał się wielkim sukcesem –  zbudował olbrzymią dramaturgię i niemalże odwrócił losy klasyfikacji generalnej w ostatnim możliwym momencie. Nie dziwi zatem, że organizatorzy postanowili powtórzyć ten manewr również i w tym roku, licząc na zaciętą walkę aż do ostatniego podjazdu.

Pierwszy od pięciu dni finisz na podjeździe i pierwszy w 103. edycji Tour de France prawdziwie alpejski etap to w istocie dość wierna kopia trasy przedostatniego etapu Criterium du Dauphine 2014. To ta edycja, podczas której Froome obnosił się z używaniem inhalatora na podjazdach, Contador wydawał się być w formie życia, a na końcu Andrew Talansky zrobił wszystkich w jajo i wydawało się, że przyszłość stała przed nim otworem.

Menu na środę to cztery podjazdy, których stopień trudności wzrasta przesuwając się od startu w kierunku linii mety. Wspinaczka rozpocznie się od 3. kategorii Cote de Saanenmöser (6.6km, 4.8%) i Col de Mosses (6.4km, 4.4%), po których pokonany zostanie 1. kategorii Col de la Forclaz (13km, 7.9%). Daniem dnia bez wątpienia będzie drugi najtrudniejszy – po Mont Ventoux – podjazd tegorocznej edycji Wielkiej Pętli, imponujący Finhaut-Emosson (HC, 10.4km, 8.4%, max. 17%). Jeśli ktoś zachował wystarczająco wysokie morale i zasoby energii, by odrabiać straty w klasyfikacji generalnej, to jest dzień na atak z bardzo daleka.

Ci, którzy osobiście mieli okazję pokonywać na rowerze szwajcarskie przełęcze twierdzą, że w rzeczywistości Col de la Forclaz jest trudniejszym podjazdem od finałowego odcinka prowadzącego do Emosson. Profil na to nie wskazuje, jednak jeśli tak w rzeczywistości jest, będzie to dla widzów doskonała informacja – powinno to sprawić, że decydujące ataki rozpoczną się już od podnóża tego pierwszego.

tdf 2016 etap 17

CARTE (16)

PROFILCOLSCOTES_1 (8)

Wszyscy eksperci są zgodni, że to nie jest dzień dla ucieczki. Podczas ostatniego tygodnia rywalizacji udziałem w odjazdach zainteresowani są już wyłącznie kolarze mający realne szanse na odniesienie etapowego zwycięstwa oraz zawodnicy rywalizujący w klasyfikacji górskiej. Pozbawione większych przeszkód pierwsze 150 kilometrów środowego etapu daje harcownikom relatywnie niewielkie szanse w starciu z napędzanym czarną lokomotywą Team Sky peletonem, dlatego ambitniejsi górale powinni zachować siły na kolejne dni.

Prawdziwa akcja rozpocznie się po pokonaniu wspomnianych 150 kilometrów. U podnóża Col de la Forclaz spodziewać możemy się ataków zarówno zawodników walczących o etapowe zwycięstwa czy koszulkę w czerwone grochy, jak również pretendentów do zajęcia najwyższych miejsc w klasyfikacji generalnej Wielkiej Pętli.

Wśród wcześnie atakujących znaleźć powinni się Rafał Majka (Tinkoff), Ilnur Zakarin (Katusha), Daniel Navarro (Cofidis), Diego Rosa, Vincenzo Nibali (Astana), Serge Pauwels (Dimension Data) czy Pierre Rolland (Cannondale), a spośród liderów na klasyfikację generalną ostatnimi na kole Froome’a będą zapewne Richie Porte (BMC Racing) i Bauke Mollema (Trek – Segafredo).

Zagadką pozostaje jak dotąd rozczarowująca dyspozycja Nairo Quintany (Movistar). Jeśli zgodnie z oczekiwaniami planował przeprowadzić decydujący atak w Alpach, czekanie na Joux Plane nie wydaje się obecnie najlepszym pomysłem.

Zastanawia również, czy Adam Yates (Orica – BikeExchange) zdoła dotrzymać kroku najsilniejszym góralom podczas ich finałowej potyczki.