Co jakiś czas wraca pomysł rozegrania części Giro d’Italia w Stanach Zjednoczonych. Do tej pory więcej na ten temat mówili organizatorzy. Oddajmy głos głównym aktorom tego sportu, a więc dyrektorom sportowym i kolarzom.

Patrick Lefevere (dyrektor sportowy grupy Etixx – Quick Step)

“Jeśli nie będziemy musieli lecieć na Księżyc to myślę, że ten pomysł jest OK!. Współczesne kolarstwo musi zostać zdefiniowane na nowo. Według mnie wyścig trwający 22 dni nie jest ani trochę współczesny. Młodzi ludzie nie chcą oglądać wyścigu przez 3 tygodnie. Dlaczego więc nie ruszyć z wyścigiem do Ameryki? Możemy się tam ścigać przez tydzień i wrócić do Europy, zrobić 3-4 dni wolnego i ścigać się dalej. Dlaczego nie? Przecież w Stanach jest sporo Włochów…”

Brett Lancaster (Orica – GreenEdge)

“Była o tym mowa już kiedyś. Patrząc z perspektywy zawodników dwa lub trzy etapy są warte zachodu. Lot czarterem, dzień przerwy… Wykonalne. Byłoby fantastycznie jechać przed amerykańską publicznością. Jeśli zostałoby to dobrze przemyślane, perfekcyjnie zorganizowane pod kątem logistycznym… Da się zrobić. Szkoda, że nie ma już samolotów Concorde, bo wtedy lot do Europy trwałby cztery godziny zamiast ośmiu.”

Matt White (dyrektor sportowy grupy Orica – GreenEdge)

“Kluczem do przeniesienia wyścigu do Stanów będzie logistyka. Jak przetransportujemy sprzęt? Chcemy zrobić w USA start czy koniec wyścigu? Konieczne będzie dołożenie do wyścigu jednego lub dwóch dni przerwy. Spójrzmy na to jak daleko było z Dublina do Bari w zeszłym roku, więc przelot do czy ze Stanów to nie jest znowu taka wielka różnica. Jeśli logistycznie byłoby to dobrze zorganizowane to dlaczego nie spróbować? Rozumiem punkt widzenia organizatorów, którzy chcą globalizacji imprezy którą zarządzają. To na pewno pomysł, który warto rozważyć.”

Charles Wegelius (dyrektor sportowy Cannondale – Garmin)

“Największym problemem będzie dojście do siebie po zmianie strefy czasowej. To nie jest sytuacja w której dochodzisz do siebie w ciągu jednego dnia. Rozpoczynać trzytygodniowy wyścig z sześciogodzinnym jet lagiem może być ciężkie. Z drugiej strony jeśli nie spróbujemy czegoś nowego to będziemy ciągle w tym samym miejscu. Jestem ciekaw jak zamierzają to rozplanować. Domyślam się też, że [organizatorzy] będą potrzebować jakiejś bonifikaty ze strony UCI.”

Ryder Hesjedal (Cannondale – Garmin)

“Byliśmy w Irlandii i Danii, a to 3 czy 4 godziny lotu. Jeśli polecimy siedem lub osiem godzin to i tak mamy cały dzień z głowy, więc tak na prawdę różnica nie jest tak wielka. Jeśli miałoby to pomóc w rozwoju sportu to dlaczego nie? Trzeba mieć na uwadze to, czego ten sport potrzebuje i dążyć do rozwoju.”

Brent Bookwalter (BMC)

“Rok temu organizatorzy wykonali dobrą robotę planując start w Irlandii. Społeczność lokalna świetnie odebrała wyścig. To trochę męka wsiadać do samolotu na tyle godzin, ale jeśli wszystko jest dobrze zaplanowane – wypad do USA jest możliwy. Rok temu kluczem był dodatkowy dzień wolny. To może być trudne, ale na pewno nie bardziej absurdalne niż niektóre trasy jakie serwowali nam organizatorzy Giro w poprzednich latach. Jako Amerykanin – pewnie, że chciałbym jechać w swoim kraju. Nie jestem jednak przekonany, czy Włosi się ze mną zgodzą. Start Giro w USA zrobiłby wiele dla globalizacji tego sportu i pomógłby amerykańskiemu kolarstwu. Wydaje mi się, że Włochy i Giro też na tym by skorzystali. Jeśli zadba się odpowiednio o kolarzy i rozplanuje się dobrze trasę to powinno wypalić. Byłoby przecież niedorzeczne, jeśli dzień po przelocie wysłano by nas na górską premię pierwszej kategorii.”

Z perspektywy zwykłego śmiertelnika dojście do siebie po kilkugodzinnym locie zajmuje trochę czasu. Do tego dochodzi problem aklimatyzacji w nowym miejscu. Niezależnie od tego, czy ktoś jest przysłowiowym Janem Kowalskim czy zawodowym kolarzem – na nowe otoczenie każdy reaguje w swój indywidualny sposób. Proces aklimatyzacji nie musi przebiegać doskonale i u każdego będzie wyglądać inaczej.

Definiowanie kolarstwa na nowo… Coraz więcej takich głosów. Niedawno przytaczaliśmy pomysły Olega Tinkova, który chciałby m. in. ścigania po zamkniętych torach. Organizatorzy chcą dać widzom jak najbliższy kontakt z wyścigiem. Jeśli więc są rundy w mieście, to dlaczego nie zrobić rund na torze Formuły 1? Perspektywa rozgrywania etapu na 40 okrążeniach toru Spa – Francorchamps wydaje się być równie ciekawa jak rundy w miastach. Ci, którzy wiedzą jakie walory (chociażby wizualne) ma tor w Spa zapewne również chętnie obejrzeliby rywalizację najlepszych kolarzy w takiej scenerii.

Pojawią się zarzuty, że w całym pomyśle zapakowania Giro w samoloty i wysłania do USA chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze. Z samą ideą rozegrania wyścigu za oceanem można się zgadzać lub nie, ale jeśli chodziłoby tylko o pieniądze to już dawno kolarze ścigaliby się przez 3 tygodnie wokół Dubaju po drogach wymalowanych linijką w poprzek mapy. Wydaje się więc, że aspekt finansowy nie jest w tym przypadku kluczowy.

Do tej pory wydawało się, że Giro d’USA to wymysł organizatorów wyścigu z Półwyspu Apenińskiego i oprócz nich nikt inny tego nie chce. Kolarze i szefowie drużyn zawodowych jak widać twierdzą, że to wcale nie jest taki głupi pomysł i otwarcie mówią, że przy dobrej organizacji jest to wykonalne. Ciężko się nie zgodzić z Brentem Bookwalterem, że takie wydarzenie pomogłoby amerykańskiemu kolarstwu. Przydałby się jakiś pozytywny bodziec, coś co przyciągnie ludzi niezainteresowanych. Zwłaszcza tych dla których kolarstwo to tylko Lance Armstrong i cała jego historia.

Źródło: velonews.com

Foto: zimbio.com