Dwie trzecie 98. Edycji Giro d`Italia za nami. Coraz łatwiej wskazać nazwisko zwycięzcy klasyfikacji generalnej. Coraz bardziej zapisane są karty historii. Oto trzech kolarzy, którzy mają w nich swoje rozdziały.

Malownicze miasteczka pełne cennych zabytków i zapierające dech w piersiach widoki górskich przełęczy, wpadki organizatorów i wybryki nieroztropnych kibiców, barwni tifosi i wielkie napisy na szosach, wreszcie ekstremalne warunki atmosferyczne – śnieżyce i upał niczym w piekarniku. Nie ulega wątpliwości, że to wszystko stanowi otoczkę Giro d`Italia i każdego innego wyścigu kolarskiego. Bez tego kolarska historia byłaby uboższa, ale tak naprawdę w pamięć zapadają nazwiska kolarzy, ludzi, bardzo twardych, ale wciąż ludzi.

Richie Porte (Team Sky). Ma 30 lat i do tej pory był przede wszystkim bardzo dobrym pomocnikiem. Pomógł m.in. odnieść sukcesy w Tour de France Bradleyowi Wigginsowi i Chrisowi Froome`owi. Rok 2015 zaczął wspaniale. Wygrał etap na Tour Down Under, mistrzostwo Australii, Giro del Trentino, Volta Ciclista a Catalunya i Paryż Nicea. Po tych osiągnięciach narobił sobie ochoty na sukces w Giro d`Italia, jego celem była pierwsza trójka, a nawet zwycięstwo. Wyścig zaczął nieźle, bo plasował się w czołówce klasyfikacji generalnej, mało tracił. Prawdziwe kłopoty zaczęły się na dziesiątym etapie do Forli, kiedy to w końcówce przebił oponę, a koło oddał mu Simon Clarke z drużyny Orica GreenEdge (za ten gest obaj zostali ukarani dwuminutową karą). Następnie podczas etapu jazdy na czas miał kraksę i dalsze ściganie stanęło pod znakiem zapytania. Przed startem piętnastego etapu podano informację, że Tasmańczyk będzie jechał dalej. No i jechał, by stracić dwadzieścia osiem minut do etapowego zwycięzcy i uplasować się na 27. miejscu w klasyfikacji generalnej. Wzlot na początku sezonu i upadek podczas udziału w prestiżowej imprezie będącej celem numer jeden. Porte jest poobijany – psychicznie i fizycznie. Odniósł już sukcesy, ale w tej najważniejszej próbie sił przegrał z losem i własnymi słabościami. Odbudowa i sportowe odegranie w przyszłości będą jego cenną wygraną. Oby tak było.

Alberto „El Pistolero” Contador (Tinkoff-Saxo). Ma 32 lata, a w CV trzy zwycięstwa w wielkich tourach. Słabości u niego nie widać, morale wysokie, podobnie jak dyspozycja fizyczna. I tak już od wielu lat. Najlepszym przykładem jest 2014 rok, kiedy to po „głupiej” kraksie musiał wycofać się z Tour de France. Potem za cel obrał sobie hiszpańską Vueltę, do której trenował ze szmatą w ustach, by nie krzyczeć z bólu. Wygrał. W 2015 roku postanowił ustrzelić dublet – wygrać Giro d`Italia i Tour de France. To Giro układa się dla niego pomyślnie. Jest liderem i ma dość bezpieczną przewagę, ponadto został mu tak naprawdę jeden poważny rywal – Fabio Aru. Stał już w tym wyścigu na dekoracji lidera klasyfikacji generalnej z maglia rosa w dłoni, zamiast na sobie, był w szpitalu na badaniach, nie wiadomo było, czy będzie w stanie kontynuować wyścig. Różową koszulkę odebrał mu na jeden dzień młody Sardyńczyk, ale Hiszpan nie dał mu się nią nacieszyć, zaliczając znakomity występ w samotnej walce z czasem. Oglądając transmisje telewizyjne wydaje się, że Contador nie cierpi i wciąż ma tę lekkość jazdy i błysk w oku – błysk zwycięzcy.

Ryder Hesjedal (Cannondale-Garmin). Ma 34 lata i triumf w Giro d`Italia w 2012 roku. Wówczas zaskoczył. Były głosy, że nie jest prawdziwym zwycięzcą (ciekawe jak brzmi definicja prawdziwego zwycięzcy wielkiego wyścigu), że już tego nigdy nie powtórzy, że namieszał w kartach historii. No i rzeczywiście, na razie nie powtórzył, mało tego, nawet nie zbliżył się do tego osiągnięcia, w zeszłym roku dziewiąty, w tym (po drugim tygodniu) trzynasty. Pojechał niezłą czasówkę i zdecydował się na samotną i ambitną jazdę na szczyt Madonna di Campiglio. To są jego przebłyski, do których należy także etapowe zwycięstwo na górskim etapie Vuelta a Espana 2014. Jest chudy i wysoki, charakterystyczny na rowerze, ciekawy. Niech przyjdzie jeszcze jego dzień, wyścig, sezon?

Foto: Peleton Magazine

Marta Wiśniewska