W poniedziałek w nowej siedzibie firmy Veloart, gościem specjalnym był mistrz świata Michał Kwiatkowski. Przedstawiamy zapis z konferencji prasowej. Ze względu na obszerny materiał, podzieliliśmy go na dwie części. Podsumowanie pierwszej części sezonu poniżej, zaś plany na przyszłość i inicjatywy Michała (Skoda Velo Toruń i Akademia Copernicus) opublikujemy w środę. Miłej lektury.

Michał, jak oceniasz pierwszą część sezonu oraz Ardeński Tryptyk?

Chcąc ocenić pierwszą część sezonu, muszę wrócić do założeń jakie miałem, a założenie numer jeden to było zwycięstwo w tęczowej koszulce w jakimkolwiek wyścigu oraz przygotowanie się jak najlepiej do ardeńskich klasyków. Dlatego chyba mogę być zadowolony, że udało mi się wygrać w prologu Paryż – Nicea oraz Amstel Gold Race. Gdzieś tam niedosyt oczywiście pozostał, ale jestem bardzo zadowolony z mojej postawy, z tego że dałem radę wziąć “na klatę” i udźwignąć ten ciężar jakim jest koszulka mistrza świata. Wcześniej mówiłem trochę inaczej o tym jak to jest jeździć w koszulce mistrza świata, że to może nie będzie takie trudne, że to jest atut, ale jednak był to dla mnie spory ciężar i na pewno jeszcze będzie w kolejnych startach. Tym bardziej jestem zadowolony, że udało się zwyciężać w takim wyścigu jak Amstel Gold Race.

W którym momencie tej pierwszej części sezonu czułeś się najmocniejszy?

Miałem bardzo lekko wejść w sezon wyścigiem w Argentynie, ale nie wypadało mistrzowi świata aby przyjeżdżał z tyłu i traktował wyścigi treningowo, starałem się pokazać siebie i koszulkę mistrza świata gdzie popadnie, za co później zapłaciłem. Gdzie byłem w najwyższej formie? Chyba ten okres podczas Paryż-Nicea, był okresem w którym najlepiej się czułem. Choć wygrałem Amstel Gold Race, to nie mogę uznać tego tygodnia za okres, w którym byłem w najwyższej formie.

Jednym z ważnych startów w twoim tegorocznym kalendarzu był wyścig Mediolan – San Remo, w którym wyglądałeś bardzo dobrze, a potem zniknąłeś przez kraksę. Jak się czułeś w tym roku, czy zauważyłeś jakieś zmiany w stosunku do swoich poprzednich startów w tym monumencie?

To kolarski monument, ten wyścig wróci do mojego kalendarza w przyszłości, start w tym wyścigu to ogromne wyzwanie. Nie do końca mogę być zadowolony jak w nim wypadałem w poprzednich latach czy nawet w tym sezonie. Jest progres, ukończyłem w tym roku. Kraksa wszystko wykluczyła, przywiozłem nawet kask z tego startu. Jest to dla mnie wielkie wyzwanie, na pewno wrócę tam w kolejnych latach, bo wierzę, że mogę odegrać w tym wyścigu kluczowe role.

Jak czułeś się w samej końcówce?

Byłem trochę uśpiony, ze względu na karty jakimi chcieliśmy grać razem z Markiem Cavendishem i Zdenkiem Stybarem. Czekaliśmy na odpowiedni moment, ale właściwie tempo peletonu było na tyle duże, że niewiele można było zdziałać, czy na Poggio czy Cipressie, więc czekałem na końcówkę, podobnie jak podczas Amstel. Wiele sie mogło zdarzyć. Na pewno nie jestem w stanie podjąć walki z Kristoffem, czy Degenkolbem, ale jestem w stanie podjąć walkę o najwyższe lokaty. Wszystko się mogło zdarzyć.

Jednym z twoich startów był wyścig w którym pojawiają się bruki – Dwars door Vlaanderen, o którym mówiłeś wcześniej, że będzie dla ciebie próbą przed jednym z etapów Tour de France. Pojechałeś wyścig bardzo aktywnie, zająłeś czwarte miejsce. Jakie są twoje wnioski w kontekście etapu touru?

Rzeczywiście to była jedna z przyczyn, dla której stanąłem na starcie Vlaanderen, w ramach rekonesansu chciałem sprawdzić  jakie będę miał odczucia na brukach przed piątym etapem touru w tym roku. Stanąłem na starcie także ze względu na to, że odbywa się on w okolicy siedziby drużyny Etixx Quick Step. To był jedyny start sezonu, w którym mogłem się zaprezentować przed lokalną publicznością i lokalnymi kibicami Etixxu.

Wyciągając wnioski z tego wyścigu, zdałem sobie sprawę, że naprawdę będzie trudno walczyć na klasykach w koszulce mistrza świata, bo byłem w czteroosobowym odjeździe i przyjechałem w nim czwarty. Zrozumiałem, że nie mogę tak jeździć jak pojechałem podczas Vlaandern. Muszę rozgrywać to w inny sposób, nie mogę być z tego startu dumny.

Jednym z ważniejszych elementów twoich przygotowań były wyścigi etapowe, wszystkie z nich to wyścigi tygodniowe, zawsze w nich jesteś w ścisłej czołówce. Czy takie wyścigi pozostają interesującym wyzwaniem, czy traktujesz je jako przygotowanie do sezonu?

Trudne pytanie, nie znam na nie odpowiedzi. Często jestem o to pytany. Muszę wszystko analizować gdzie mam szansę wygrywać. Jeśli będzie mi dane zwyciężać w wyścigach etapowych, a nie w klasykach to na pewno wolę wygrywać. To jest kwestia przygotowania i analizy tego na co mnie stać. Bardzo lubię takie wyścigi, wyścigi etapowe, tygodniowe i myślę że łączy się z tym ogromny prestiż. Wygrać Paryż – Nicea byłoby ogromnym marzeniem. Zdaję sobie sprawę z tego, że wygranie Paryż-Nicea czy Tour de Pologne byłoby czymś szczególnym, niemniej ważnym niż zwycięstwo w Amstel Gold Race.

Jak się jeździ w tęczowej koszulce w zawodowym peletonie?

Muszę wrócić oczywiście do wyścigu Dwars door Vlaanderen, gdzie z tej grupy czteroosobowej przyjechałem czwarty. To pokazało, że będzie mi bardzo trudno walczyć na przykład na klasykach, gdzie każdy mój atak, czy każdy atak rywali będzie oznaczał to, że wszystko spoczywa na moich barkach. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, że to ja najbardziej chciałem wygrać, bo nakładałem na siebie olbrzymią presję, presję zwycięstwa i to było dla mnie bardzo trudne i nadal może jest.

Jestem na to gotowy, wiem że to olbrzymie wyzwanie, koszulka dodaje mi skrzydeł, mam olbrzymie wsparcie od kibiców. Mimo wszystko podczas ścigania się nie zawsze ona pomaga. To na pewno atut posiadanie koszulki mistrza świata, mam więcej respektu w peletonie, łatwiej mogę przejść do przodu, ale nie koniecznie to pomaga w rozgrywaniu wyścigu i w finalnych atakach. Jest to trudne, taka jest specyfika tego sportu. Ja akurat wiem, ze ciąży na mnie odpowiedzialność za reprezentowanie czy to siebie, czy sportu i kolarstwa i staram się to robić jak najlepiej potrafię.

Ewidentnie największym sukcesem tego sezonu było zwycięstwo w Amstel Gold Race. Powiedz jak to wyglądało z twojej perspektywy?

Jak to w kolarstwie, zawsze trzeba być gotowym do walki i nie poddawać się, mimo że rywale napierają, czy nie ma się sił, trzeba zawsze wierzyć w końcowy sukces. Ja wierzyłem w to do końca podczas Amstel Gold Race i z zimną krwią analizowałem to co się dzieje dookoła. Oczywiście teraz mogę mówić, że to wszystko zaplanowałem. Ale rozgrywałem pewne sytuacje gdzieś tam w głowie, jak może to wyglądać. Analizując to, że Matthews jest z Gilbertem są z przodu, a za nami pogania olbrzymia grupa, najbardziej prawdopodobnym było to, że dojdzie do końcowego sprintu. Dlatego nie załamałem się, że nie jestem z nimi z przodu, nie do końca chciałem być biorąc pod uwagę to, jak bardzo zapłaciłem za swój sprint na początku Caubergu w zeszłym roku. Wyciągnąłem wnioski ze startu z zeszłego roku i to się opłaciło. Amstel jest chyba jednym z tych trzech startów, w którym trzeba właśnie najbardziej użyć głowy, do tego aby walczyć o końcowy sukces. Jak wiemy Walońska Strzała ma ściankę Mur de Huy, gdzie nie oszuka się rywali, ani swojej formy, to samo podczas Liege-Bastogne-Leige, natomiast podczas Amstel można to rozgrywać na różne sposoby.

Finalnie wygrałeś sprint z bardzo szybkimi zawodnikami. Wszyscy obawiali się Matthewsa, a może poprawiłeś sprint, jak to wyglądało z twojej perspektywy?

Myślę, że sprint mam cały czas na tym samym poziomie, tylko czasem uda mi się to wykorzystać, czasem nie i tym razem starałem się czekać do ostatniej chwili i ruszyć przed moimi rywalami. Matthews i Valverde są szybszymi zawodnikami ode mnie, dlatego myślałem o tym, aby zacząć sprint przed nimi i wykorzystać to, aby odnieść końcowy sukces.

Kolejne starty L-B-L i Walońska Strzała pojechałeś słabiej niż w zeszłym roku, chciałbym spytać czy należy na to patrzeć w ten sposób, że zwycięstwo w Amstel było jednak obciążeniem, z którego nie mogłeś się podnieść, czy chodzi raczej o pewne kwestie z wcześniejszego etapu przygotowań, a może przyczyny tego widzisz gdzie indziej?

Na sukces w kolarstwie składa się wiele rzeczy, tak samo na porażkę. Nie można wskazać jednego winowajcy, oczywiście szybko rozpocząłem sezon w Argentynie, to na pewno miało wpływ na to, że ten okres się wydłużył. W zeszłym roku bardzo ciężkimi wyścigami były dla mnie Strade Bianche, Tirreno czy San Remo, po czym szybko zareagowałem odpowiednim wypoczynkiem, myśląc jedynie o Ardenach. W tym roku zmieniłem to na Paryż – Nicea, San Remo i Vlaanderen i do tego momentu nie doskwierało mi zmęczenie. Nie myślałem wtedy o tym, że muszę dbać o regenerację do Ardenów.

Okazało się, że Pais Vasco było bardzo, bardzo trudnym wyścigiem, gdzie Valverde który wygrał obydwa klasyki, tam nie startował. Dodatkowo, to jak się czułem podczas Liege, to były oznaki zmęczenia, nie żadnego niedotrenowania. Dlatego jeżeli gdziekolwiek mam szukać winowajcy to w tym,że za bardzo chciałem, za dużo się ścigałem, za dużo trenowałem i do tego doszło zwycięstwo w Amstel. Nie wiem jak mógłbym to wszystko teraz zmienić, na pewno jeśli myślę o przyszłych latach, to mniej znaczy lepiej. Prawdopodobnie gdybym nie wygrał Amstel Gold Race, tego czasu na regenerację do La Fleche Walonne byłoby więcej. Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć, trzeba poznać pewne sytuacje na własnej skórze, aby wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Konferencję poprowadził Borys Aleksy

Foto: Marek Bala / naszosie.pl