conconimoserFerrari, Conconi, Cecchini, Fuentes… Każdy choć trochę świadomy fan kolarstwa chcąc nie chcąc kojarzy te nazwiska obok mistrzów ostatnich trzydziestu lat. Czy rzeczywiście mają tylko mroczną stronę? Jakie jest ich faktyczne miejsce w historii sportu?

Równo dwie dekady temu, w 1994, padły pierwsze poważniejsze oskarżenia pod adresem doktora Michele Ferrariego. Pierwszym przewodnim kontekstem był nowy wróg publiczny numer jeden w kolarskim środowisku, czyli erytropoetyna. Drugim natomiast spektakularne sukcesy drużyny Gewiss, z którą Włoch wtedy pracował. Co ciekawe, wcale nie zamierzał odcinać się od postawionych mu zarzutów, ba, jeszcze podgrzał atmosferę. Powiedział wtedy: EPO nie jest niebezpieczne, tylko jego nadużywanie jest. Tak, jak nierozważne byłoby wypicie 10 litrów soku pomarańczowego. Co prawda po tej wypowiedzi stracił pracę, ale ilu klientów zyskał?

Nie mówiąc już o tym, że w świecie kolarstwa zapewnił sobie wieczną sławę (nawet jeśli złą), którą przypieczętowała współpraca z Lance’em Armstrongiem. Mężczyźni zostali sobie zresztą przedstawieni zaledwie rok później, czyli w 1995, a za spotkanie rzekomo odpowiadał… Eddy Merckx. Warto dodać, że Amerykanin tak polubił program treningowy układany przez Ferrariego, że chciał mieć jego metody na wyłączność, co oczywiście wiązało się ze sporymi premiami. W konsekwencji cennik Włocha coraz częściej przerastał przeciętnych kolarzy. W Massacre a la chaine Willy Voet wspomina, że wielu zawodników chciało być na tym samym, co Armstrong, kontaktowało się z Ferrarim, ale po usłyszeniu o kosztach wracało do niego z podkulonym ogonem.

Mimo tych smaczków, a przede wszystkim mimo zamieszania w aferę Lance’a Armstronga (i kilka innych, choć zdecydowanie mniejszych), które poskutkowało dożywotnim banem za zaangażowanie w kolarstwo – najnowsze rewelacje pokazują, że Ferrari niezmiennie ma co najmniej solidną pozycję. Cień wspomnienia o nim potrafi wywołać prawdziwą burzę.

Czy wskazywanie najbardziej winnego w ogóle ma sens?

A to właśnie jest czymś, czego jako kibice nie potrafimy znieść. Bywamy w stanie wybaczyć kolarzom, którzy poszli za tłumem, zostali zmanipulowani, zmuszeni przez sytuację finansową. Jesteśmy w stanie potraktować ich jako naiwne ofiary szatańskich intryg lekarzy i dyrektorów sportowych. Co więcej, ci pierwsi są nawet gorsi niż postaci pokroju Bruyneela, bo to właśnie przez nich organy testujące są zawsze o krok z tyłu, a błędne koło nigdy nie zostanie przerwane. Ale czy rzeczywiście tak łatwo wskazać diabła?

Rozsądniejsze wydaje się tu chyba uznanie odpowiedzialności zbiorowej. Oczywiście w pewnym momencie osiągnęła ona etap, w którym nikt nie był w stanie powiedzieć pas, ale czy to wina postępu, nazwijmy to, medycyny? Znacząca decyzja miała miejsce na każdym szczeblu. Tak, lekarze typu Ferrari czy Fuentes zdecydowali się działać poza prawem. Owszem, dyrektorzy sportowi wprowadzali programy dopingowe dla całych drużyn – przy czym czasem mogła dyktować to czysta żądza zwycięstwa, a kiedy indziej bezradność wywołana niesprawiedliwie uzyskaną przewagą pozostałych. Ale kolarze też niezależnie od ery zawsze mieli coś do powiedzenia, nawet jeśli postawiono im ultimatum. Zresztą wszyscy znamy zarówno przypadki Bassonsa i Moncoutiego, jak Ricco czy Di Luci. A pomiędzy nimi jest przecież sporo odcieni szarości. Zresztą, w tym wszystkim należy też znaleźć miejsce dla kibiców, często prezentujących zbyt wygórowane oczekiwania dotyczące spektaklu. Kilka lat temu Vinokourov zauważył, że kolarstwo jest jak teatr, a on chciałby być aktorem bawiącym fanów. A ci zawsze chcieliby, aby więcej się działo, różnice były bardziej znaczące, ataki bardziej heroiczne.

Próba obiektywnego spojrzenia

Przy tym, choć Ferrari, Fuentes czy Conconi mają swoje za uszami – prawdopodobnie tylko oni wiedzą jak wiele – ich wkład w sport nie był jednoznacznie negatywny. Na długo po jego zawieszeniu, kibice wciąż korzystają z obliczeń Ferrariego, aby ocenić występ danego zawodnika. Co więcej, wielu z nich, zaczynając karierę, po zielone światło i pierwsze rady kierowało się właśnie do Włocha. Wśród tych ostatnich był między innymi Cadel Evans, którego skierowano do sławnego lekarza po świetnych występach w MTB, aby sprawdził jego potencjał na szosie. A przecież Australijczyk nie jest kolarzem, którego w pierwszej kolejności łączylibyśmy z dopingiem. Żeby potwierdzić, że podejście Ferrariego było rewolucyjne nie tylko w sensie stosowania dopingu wystarczy wspomnieć, że współpracował z inną włoską sławą, Francesco Conconim, przy opracowywaniu słynnego Testu Conconiego. Warto dodać, że obaj naukowcy byli zapalonymi kolarzami i wiele ze swoich odkryć potwierdzali na szosie.

Również Eufemiano Fuentes, stojący w centrum Operacji Puerto, wnosi w odpychający świat dopingu coś… paradoksalnie ożywczego. Nie chodzi mi tu wcale o element humorystyczny, który też przypadł mu w udziale, bo nazwy znalezionych u niego torebek krwi nie należały do szczególnie błyskotliwych (żeby wspomnieć słynnego Pitiego, czyli imię psa, które stało się pseudonimem Valverde). Mam na myśli po prostu swoisty pierwiastek zdrowego rozsądku, nawet jeśli takie stwierdzenie w kontekście tej postaci brzmi mocno kontrowersyjnie. To jedna z niewielu osób, która nawołuje, aby kolarze nie stawali się chłopcami do bicia dla agencji antydopingowych i ma odwagę rzucać uwagi w stylu: Gdybym powiedział wszystko, co wiem, Hiszpania straciłaby Mistrzostwo Świata. Oczywiście to niewiele w perspektywie wszystkich przewinień, których się dopuścił, ale sportowe realia są jakie są – niemydlenie oczu to miła odmiana.

Oczywiście nie nawołuję tu do wystawiania Fuentesowi czy Ferrariemu laurek, co byłoby grubą przesadą. Chodzi jedynie o zachowanie odpowiednich proporcji, bo zdarza nam się demonizować wszystko, co związane z Ferrarim, Conconim czy Fuentesem i uważać legendarny ośrodek w Ferrarze za laboratorium, w którym powstał potwór dr Frankensteina. Albo cała armia. A w walce z dopingiem, nawet czysto werbalnej, wcale nie chodzi o strzelanie do łatwych celów, a raczej o konsekwencję.

 

Fot.:bettiniphoto.net

Ania Gmaj