niemiec„Złoto Michała Kwiatkowskiego to wielka rzecz i jestem dumny z tego, że mam w niej swój udział. Kwiatek zadeklarował, że interesuje go tylko złoty medal, więc nie brakowało nam motywacji, żeby pomóc go wywalczyć” – pisze Przemysław Niemiec. W niedzielę będzie się ścigał w klasyku Giro di Lombardia. „Nastawienie mam bojowe, to mój przedostatni start w sezonie, więc nie ma się co oszczędzać”.

„Lepiej być nie mogło. Złoto Michała Kwiatkowskiego to wielka rzecz i jestem dumny z tego, że mam w niej swój udział. Nasza drużyna była niesamowicie zgrana i świetnie się dogadywaliśmy. Pierwszy raz jechałem mistrzostwa świata, w których moja ekipa tak dobrze ze sobą współpracowała. Każdy wiedział, co ma robić, a wola walki pchała nas do przodu. Niektórzy dziwili się, że tak mocno przejęliśmy inicjatywę, ale taką mieliśmy taktykę. Jak widać, sprawdziła się znakomicie. Kwiatek powiedział nam przed wyścigiem, że czuje się mocny. Zadeklarował, że interesuje go tylko złoty medal, więc nie brakowało nam motywacji, żeby pomóc go wywalczyć. Trzeba było mocno pociągnąć, żeby Michał miał komfort, jechał osłonięty i oszczędzał siły.

Taktyka aktywnej jazdy odpowiadała też warunkom na trasie. Gdy robi się mokro, zawsze lepiej być z przodu. Kwiatkowski chciał uniknąć zamieszania i zbędnego ryzyka na niebezpiecznych śliskich zjazdach. Zaczęliśmy mocno pracować, gdy przewaga ucieczki sięgnęła 15 minut. Uznaliśmy, że to już trochę za dużo. Inne ekipy w ogóle nie reagowały, przez 150 km jechaliśmy z przodu i nikt nie podjechał, żeby nam pomóc, jedynie Andre Greipel przyjechał ze wsparciem i dał je nam przez 2-3 km. Wiele ekip zastanawiało się, po co tak ciągniemy i dla kogo. Słyszałem, że we Włoszech pojawiły się podejrzenia, że ktoś nas kupił. Na finiszu prawda wyszła na jaw.

Przy tak aktywnej jeździe raczej niemożliwe było, żebyśmy dojechali do końcowych kilometrów w dziewiątkę. Każdy z nas miał dokładnie ustaloną swoją rolę w odpowiednich fazach wyścigu i trzymaliśmy się tego planu. Zacząłem wychodzić na zmiany, gdy zmęczenie dawało się już we znaki pierwszym z naszej ekipy, którzy ciągnęli mocno od początku. Zrobiłem swoje i odmeldowałem się 4 rundy przed końcem, tak jak ustaliłem z Piotrem Wadeckim. W końcowej fazie wyścigu świetnie spisali się Gołaś z Paterskim, którzy nie wychodzili wcześniej na zmiany, ale później ich pomoc dla Kwiatka była bezcenna.

Jestem bardzo zadowolony z roboty, którą wykonałem. Wiem, że dałem od siebie sporo i nie czuję żadnego niedosytu. Wszystko zgodnie z tym, czego oczekiwał od nas Piotr Wadecki, który prosił nas, żebyśmy nie mieli sobie nic do zarzucenia po wyścigu. Końcówkę oglądałem w wozie Lampre-Merida razem z naszym menedżerem Brentem Copelandem. Gratulował mi i był nieco zaskoczony złotem Michała i naszą jazdą. Mało kto mógł przypuszczać, że będzie nas stać na podyktowanie takich warunków. Czytałem wypowiedzi Gilberta o tym, że nie spodziewał tego po ekipie składającej się w dużej mierze z kolarzy kontynentalnych grup. Po raz kolejny okazało się jednak, że Polak potrafi. W realizacji naszej taktyki pomogło to, że było nas dziewięciu, a to z kolei zasługa wyjątkowego roku Polaków w World Tourze. Oby przyszły rok był jeszcze lepszy, żebyśmy mogli bronić tytułu w dziesiątkę.

Wiedziałem, że jeśli Kwiatkowski na szczycie ostatniego podjazdu będzie miał 10 sekund przewagi, dowiedzie ją do mety. Na zjazdach jest niesamowicie mocny, co potwierdził w niedzielę. Idealnie wyczuł moment to ataku, zawsze miał do tego nosa. To była chyba jedyna szansa, żeby rozstrzygnął wyścig na swoją korzyść, gdyby walczył o złoto w końcowym sprincie, musiałby pokonać wielkich specjalistów w tej dziedzinie. Wszyscy wiedzieli, jak świetnym kolarzem jest Michał, teraz to tylko potwierdził. Wielkie brawa dla niego. Trasa bardzo mu pasowała, ja też nie narzekam. Jeździłem już mistrzostwa świata z cięższymi rundami, ale dystans i warunki zrobiły w niedzielę swoje. Na treningu przejechaliśmy cztery rundy i wiedzieliśmy, czego się spodziewać.

Na wyścigu mocno wspierali nas niezbyt liczni, ale głośni polscy kibice. Była silna i dobrze zaopatrzona grupa ze Stargardu Szczecińskiego. Mnie nie udało się załapać na trasie na ich bigos, ale w wozie technicznym zajadano go ze smakiem. W hotelu byliśmy zakwaterowani z częścią polskich dziennikarzy i też mogliśmy liczyć na ich wsparcie. Po wyścigu pojechaliśmy na kolację, na którą zaprosił nas szef Omega Pharma-Quick-Step, Patrick Lefevere. Był szampan i przemowy, SMS od prezydenta Komorowskiego też był czytany. Mistrz był w szoku, ale ma rok, żeby oswoić się z tą myślą i wykorzystać złoto jak najlepiej.

Tytułu nie obronił mój kolega z Lampre-Merida Rui Costa, trzeba przyznać, że nie miał łatwego zadania. Rozmawiałem z nim trochę na wyścigu, będę miał na to więcej czasu przez najbliższe dni przy okazji Lombardii. Dzisiaj jedziemy na rekonesans trasy, pokonamy m.in. końcowe 80 km. Postaramy się przełamać hegemonię Rodrigueza, który wygrał ostatnie dwa wyścigi, choć w tym roku finisz może bardziej odpowiadać sprinterom. Nastawienie mam bojowe, to mój przedostatni start w sezonie, więc nie ma się co oszczędzać. Tydzień później jeszcze Giro dell’Emilia, a później nogi do góry”.

 

Źródło: przemyslawniemiec.blogspot.com

Foto:Javier Lizón – EFE