Poszukiwania góry dla Szmyda.

Polacy zwyciężali w przeszłości w Tour de Pologne wielokrotnie, jednak odkąd należy on do cyklu UCI World Tour, to ta sztuka nie udała się żadnemu z naszych rodaków. Nie ma wątpliwości, że teraz jak nigdy dotąd pragniemy zobaczyć nad zwycięzcą klasyfikacji generalnej polską flagę oraz usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego, gdyż prestiż płynący ze zwycięstwa z elitą jest ogromny. Nasza największa nadzieja, Sylwester Szmyd, dwukrotnie był blisko, jednak nie zdołał osiągnąć celu. Mówi się nawet, iż Czesław Lang wciąż nie może w Polsce znaleźć góry, na której ujrzelibyśmy pełnię jego możliwości.

Czyżby to oznaczało, że możliwe jest przygotowanie wyścigu lub etapu tak, aby jakiś konkretny zawodnik miał przewagę nad innymi? Moim skromnym zdaniem jest to nierealne. Możliwy jest za to wybór trasy, która będzie faworyzowała jakąś grupę kolarzy, np. trasa płaska – sprinterów, a trasa interwałowa z dużą ilością niskiej i średniej trudności podjazdów – klasyków. Ponadto, zwycięstwa nie są dziś możliwe bez silnego wsparcia zespołów. Te natomiast, podobnie jak kolarze, zaczynają się mniej lub bardziej specjalizować. Bez dłuższego zastanowienia można wymienić zespoły bardziej sprinterskie lub przygotowane pod wielkie Tour’y. Liczą się więc cele, a od nich zależy nie tylko jakich wybieramy kolarzy (bo warto mieć szerokie spektrum), ale przede wszystkim w jakich proporcjach. Jest więc bezsprzecznie wykluczone, by trasa mogła faworyzować pojedynczego zawodnika.

Pojawia się też inne pytanie: dlaczego starać się o trasę jak najlepiej odpowiadającą właśnie Szmydowi? Skąd przekonanie, iż to właśnie on jest zawodnikiem będącym w stanie zwyciężyć ten wyścig? Być może charakterystyka tego wyścigu nie odpowiada typowym góralom, gdyż ciężko stworzyć choćby jeden ciężki etap z podjazdem w stylu Mont Ventoux, a przecież na takich Szmyd czuje się najlepiej. Czy przypadkiem pokładanie przez nas nadziei w tym kolarzu nie jest bezpodstawne, a robimy to, gdyż w ProTour zaszedł dalej niż inni biało-czerwoni?

Warto zauważyć, iż pięciu z sześciu triumfatorów Tour de Pologne (rozegranych pod logiem UCI World Tour) nie było góralami z prawdziwego zdarzenia, a kolarzami dość wszechstronnymi, startującymi we wszelkich rodzajach wyścigów i odgrywających w nich różne role (o Ballanie możemy nawet wprost powiedzieć, że jest klasykiem). Ostatni zwycięzca, a więc Irlandczyk Daniel Martin, jest z pewnością góralem, a przynajmniej w tym kierunku idzie jego kariera, gdyż w wieku 24 lat świat kolarski stoi przed nim otworem.

Młody chłopak z Irlandii jest wyjątkiem, ale dla nas niezwykle ważnym, bo budzącym nadzieje na triumf Polaka. O ile zaskoczył wszystkich na etapie do Ustronia, to pokazał jednocześnie, iż o ostatecznym zwycięstwie w Tour de Pologne może decydować śmiała szarża na jednym tylko etapie. Podobne scenariusze widzieliśmy już w latach poprzednich, jak choćby przy zwycięstwie Ballana czy Voigta. Skoro Martin potrafił wygrać ten wyścig, to Szmyd może tym bardziej. Nie trzeba szukać w Polsce góry, która nie istnieje, a należy znaleźć motywację, nieco szaleństwa, może nawet naiwności, a przede wszystkim pozostawić na boku nadmierne kalkulacje. Bo niby czego mieliby mnie doścignąć, a ja nie miałbym się sprawdzić w nieco mniej dogodnym dla mnie terenie? Mocno wierzę, że Szmyd nie pozostanie tym, który zawsze jest wśród faworytów, ale ostatecznie i tak brakuje tych kilku sekund. Jest to bowiem wyścig, w którym o sukcesie często decydują nie minuty, a sekundy. Mnie do szczęścia wystarczy jedna.

Marcin Sowiński