Gwałtowny i brutalny atak na 50 km przed metą w 108. edycji Paryż-Roubaix Fabiana Cancellary przejdzie z pewnością do historii kolarstwa. Kolarz SaxoBanku ucieka, pozostawiając dosłownie „w tyle” swoich przeciwników:  Toma Boonena, Thora Hushovda, Juana Antonio Flechę oraz Filippo Pozzato. Jego rywali pozostawili ten atak bez reakcji, zostali oszołomieni.

Aby dogonić szwajcarskie TGV jest już za późno. Godzinę później w blasku chwały wjeżdża na welodrom w Roubaix. Po tym wyścigu, w Internecie zaczęło krążyć wiele filmików które pokazywały że zawodnik SaxoBanku posiadał w piaście elektryczny silniczek. Co prawda nie zostało mu to udowodnione, ale jeśli na 41 kilometrów przed metą, jadąc samemu ma się już  35 s przewagi, na 37 km przed kreską ma się już 1 minutę, a na mecie ma się trzy minuty przewagi nad grupką faworytów, która wypluwała sobie płuca,  to nie ma co się dziwić, że pojawiło się wielu niedowiarków.

Rzadko spotyka się zawodnika, który w decydujących momentach sprawia wrażenie świeżego, szczególnie w trakcie tak trudnego wyścigu, w jego ostatniej godzinie, podczas której potrafił pojechać na miarę startu w Mistrzostwach Świata na czas (gdzie wywalczył cztery tytuły), pomimo wiatru, zmęczenia i 200 kilometrów w nogach. To był jeden z najwspanialszych, solowych ataków w historii kolarstwa.

Jego naturalne predyspozycje (wytrzymałość i elastyczność mięśni pleców i szyi), w połączeniu z znakomitą pozycją, techniką poruszania się na rowerze i zdolność koncentracji, pozwoliły mu stać się dziesiątym zawodnikiem w historii, który w jednym roku wygrał  Tour des Flandres i Paryż- Roubaix. Sam również nie oczekiwał takiego rozwoju wydarzeń: “Zrobiłem przyspieszenie, a nie zaatakowałem. Pięćdziesiąt metrów dalej odwróciłem się i zdziwiłem, że jestem sam. Na początku myślałem  że jestem szalony, ale stwierdziłem, że jestem w stanie sam pokonać dystans dzielący mnie do mety. Postanowiłem patrzeć przed siebie na horyzont i połykać asfalt. To mi przyniosło sukces”, opowiada Cancellara o swoim triumfie.

Przeżyjmy to jeszcze raz:

Decydujący odjazd – 3:25