Zacznę od pochwał dla Czesława Langa. Kilka lat temu znany dziennikarz sportowy Paweł Zarzeczny napisał bardzo negatywny artykuł w tygodniku Wprost pt. „Tour de wycieczka”. Odniosłem się do tego artykułu w liście do redakcji broniąc imprezy Langa i polemizując z wywodami Zarzecznego, z których wynikało, że dziennikarz celnie punktował błędy organizacyjne imprezy, ale o samym ściganiu za dużo wiedzieć nie może.

Czesław Lang stworzył wielką imprezę w kraju, w którym – niestety przede wszystkim amatorskie – kolarstwo ma długą tradycję. Do Polski przyjeżdżają najlepsi kolarze świata i z roku na rok jest ich coraz więcej. Jest to jedyny wyścig z cyklu ProTour na terenie byłych demoludów (nie wliczając byłego NRD, ze względu na specyficzną sytuację przemian w Niemczech). Dzięki transmisjom na antenie Eurosport obraz polski dociera na zachód, dzięki czemu ludzie na Zachodzie mogą zobaczyć, że na polskich ulicach nie biegają białe niedźwiedzie a furmanki też już trudno dostrzec. Jest więc Tour de Pologne wielką promocją naszej ojczyzny, tak jak Tour de France promuje Francję, czy Giro Włochy.

Tyle że z promocją przesadzać nie można. A to dzieję się na TdP w dwóch wymiarach. Pierwszym jest wprowadzanie peletonu „na siłę” do centrum największych polskich miast. W tym roku były to Warszawa, Kraków, Katowice. Oczywiście Tour de France kończy się w Paryżu, Giro w Mediolanie, a Vuleta w Madrycie. Nie mam nic przeciwko temu, aby TdP kończył się np. w Krakowie, ale uważam, że pozostałe etapy nie muszą koniecznie wjeżdżać do ścisłych centrum innych dużych miast. Dlaczego tak twierdzę? Ano dlatego, że prowadzi to do paraliżu komunikacyjnego. Kto był np. na etapie do Katowic przyzna mi rację. Organizator liczył zapewne na większą ilość kibiców. Niestety odniosłem wręcz odwrotne wrażenie: co prawda na mecie była spora grupa kibiców, ale już pozostałe ulice niekiedy wręcz świeciły pustkami! Za to gdy peleton mijał wsie, przy ulicach stały tłumy! Jest na to wytłumaczenie? Moim zdaniem zainteresowanie w mniejszych miejscowościach związane jest z tym, że takich imprez jest tam mało albo nie ma ich wcale. W dużych miastach „coś” dzieje się na codzień, czy to koncerty, mecze piłkarskie albo po prostu tak dziś modny „shopping” w galeriach handlowych.

Drugim problemem są – całkowicie dla mnie niezrozumiałe – rundy kończące każdy, powtarzam, każdy etap! Nie ma bodajże drugiego wyścigu z cyklu ProTour, na którym każdy etap kończy się na rundach. Takie rozwiązanie ma oczywiście swoje plusy, ale i minusy. Plusem jest zapewne to, że jest ono bardziej pod publiczność. Kibice wielokrotnie widzą przejeżdżający peleton, co na pewno jest dla nich dużą atrakcją. Nie zapominajmy jednak o kolarzach, dla których rundy są poważnym utrudnieniem. Niejednokrotnie były już z tym problemy. Ucieczka wjeżdżająca w peleton, bo ten dopiero wjeżdżał na rundę, a ucieczka zaczynała już drugą. Albo w tegorocznej edycji zatrzymywanie zdublowanych zawodników na poboczu. Zawodowcy wyglądali jak juniorzy, którzy musieli zjechać na bok, bo dogonił ich peleton seniorów. A zamieszanie na etapie do Cieszyna? Włoch Marco Marcato wjeżdża ne metę w pozie zwycięzcy, po czym otrzymuje informację, że musi jechać dalej, bo to nie koniec wyścigu. To na pewno nie wina organizatora, ale zamieszanie miało miejsce i bez rund by go po prostu nie było.

Największy zarzut pod adresem organizatora mam jednak odnośnie samej trasy. W wywiadzie po TdP Sylwester Szmyd stwierdził, że o klasyfikacji końcowej wyścigu zadecydowały bonifikaty. Nie do końca zgadzam się z tym stwierdzeniem, bo przecież zwycięzca Daniel Martin przyjechał na metę w Ustroniu z przewagą, więc o bonifikacie tu trudno mówić. Mi chodzi o coś innego i może pośrednio miał to na myśli Szmyd. Mianowice o fakt, że różnice czasowe na metach poszczególnych etapów były zbyt małe, co wiąże się przede wszystkim z tym, że w Polsce nie ma takich gór jak we Francji czy Włoszech. Dlatego jeśli nie ma wystarczająco wysokich i długich podjazdów, to oragnizator powinien wbudować „czasówkę”. Różnice czasowe gwarantowane. Lang stosował już takie rozwiązanie w poprzednich edycjach w Karpaczu. Moim zdaniem było ono świetne: etap z metą pod naprawdę stromą górę i do tego na tej samej trasie ciężka jazda indywidualna na czas. Na marginesie dodam, że czasówka może być bardzo emocjonującą dyscypliną. Kto oglądał tegoroczną rywalizację Contadora i Schlecka na Tour de France, wie o czym piszę.

Niezrozumiałe było umieszczenie linii mety w Bukowinie Tatrzańskiej na zakręcie (sic!). Oczywiście stosuje się takie rozwiązania na etapach górskich, ale dzieje się tak tylko wtedy, gdy ostatnie metry są na tyle strome, że kolarze nie są w stanie rozwinąć dużej prędkości i wjeżdżają na metę czasem wręcz przy asyście osób towarzyszących. W Bukowinie do mety było pod górę, jednak ostatni kilometr był już nieco „lżejszy”, więc doszło do normalnego finiszu grupki pościgowej. Efektem było wyłożenie się Słoweńca Gore na śliskiej nawierzchni na samej linii mety, co spowodowane było też tym, że Gore musiał lekko skręcić w prawo, bo meta była na zakręcie. Do tego przed i po mecie cała ulica była zaklejona reklamami, które, gdy nasiąkają wodą, stają się ślizgawką (na wjeździe na ostatnią rundę na tym zekręcie leżało ok. 8 zawodników). Zresztą ilość reklam, banerów i potężnych balonów stojących dosłownie wszędzie, każe przynajmniej w tej kwestii zgodzić się z tezą red. Zarzecznego, który stwierdził, że na Tourze najbardziej widoczne są reklamy a nie kolarze.

Następnym nieporozumieniem była meta etapu do Katowic. Gdzie na świecie ostatnie 800 metrów do mety jest z górki!? Już na płaskich finiszach kolarze rozwijają niesamowitą prędkość, a co dopiero na lekkim zjeździe!

I jeszcze jedna uwaga, może nie do końca do organizatora, ale ten może zapewne interweniować w telewizji. Chodzi mi mianowicie o to, że brakowało bieżących informacji o przewadze ucieczki nad peletonem i dystansie do mety. Na innych wyścigach są one zemieszczane w lewym rogu ekranu i kibic na bieżąco ma informacje o sytuacji na etapie.

Z organizowaniem wyścigów jest jak z gotowaniem zupy. Aby zupa smakowała, musi być dosolona. Jednak zupa nie będzie lepsza, jeśli będziemy dosypywać do niej coraz więcej soli, bo ją przesolimy i nie będzie nadawała się do spożytku. Mam wrażenie, że Lang „przesolił” w kilku w/w istotnych kwestiach i jeśli w czas ich nie zmieni, to TdP będzie dla miłośników kolarstwa nie do strawienia.

Wojciech Wilczek

Foto: Robert Słupik (naszosie.pl)