Ostatnio wraz z moją grupą brałem udział w trzech klasycznych wyścigach na terenie Włoch: Trofeo Matteotti, GP Carnago oraz GP Camaiore. Pierwszy i trzeci dość był dla nas ważny, natomiast Carnago potraktowaliśmy na luzie skupiając się bardziej na Camaiore. Dla mnie były to trzy wyścigi, które jechałem po raz pierwszy. Muszę przyznać, że są to bardzo ciekawe i ciężkie klasyki. Taktyka grupy tradycyjnie oparta na dwóch kolarzach. Ciągle walczymy o Copa Italia, gdyż zwycięzca tej klasyfikacji ma mieć zapewniony start w Giro d’Italia 2011. W klasyfikacji najlepszych drużyn świata nie ma nas w pierwszej 17, więc grupie bardzo zależy na wygraniu właśnie Copa Italia.

Na Matteotti cały dzień w odjeździe, moja grupa została dogoniona na półtorej rundy do mety. Kilka kilometrów dalej na sztywnym podjeździe rozegrały się losy wyścigu, gdyż odjechała spora grupa, która rozegrała między sobą finisz. Ja przyjechałem w następnej kilkanaście sekund później. Czwarty Gatto, a dziesiąty przyjechał Visconti.

Na starcie Carnago nie miałem kompletnie morala, choć trasa mi odpowiadała. Padający deszcz i zimno oraz śliska droga skutecznie zniechęciły do ścigania sporą grupę kolarzy. Przejechałem 130 km i z pierwszej grupy odbiłem do autobusu po wcześniejszej konsultacji z dyrektorem i odrobieniu oczywiście swoich zadań. My nie możemy przejechać wyścigu w kołach i spokojnie – nie z Scinto w samochodzie technicznym…

Dwa dni później podczas Camaiore nastawienie było już zupełnie inne. Wyścig blisko domu, wchodzący w skład pucharu Toskanii, więc bardzo dla nas ważny. Wyścig bardzo ciekawy, początek płaski z widowiskowymi rundami na Lido di Camaiore i finałowymi rundami już nieco wyżej z trzykilometrowym podjazdem. Nasza ekipa w większości wzięła na siebie ciężar wyścigu, który rozegrał się po części na skokach, z których utworzyła się spora grupa, w której było sześciu naszych, a brakowało kilku faworytów. Szybko zabraliśmy się ostro do pracy dyktując mocne tempo na płaskim. Podjazd pod górę to już było moje zadanie. Regulowałem tempo według wskazówek Visco, który zaatakował wraz z Ginannim na około 600 metrów przed szczytem. Ja wjechałem nawet wysoko, ale przy przeskoku za kolejną czwórką, która podążyła za Viscontim i Ginannim, mógłbym niepotrzebnie zabrać kogoś z sobą. Tak więc już spokojnie jechałem w grupie do mety kończąc na szesnastym miejscu. Visconti na finiszu był drugi przegrywając minimalnie z Korenem.

Teraz czeka mnie kilka ciekawych startów. Pojadę same klasyki we Włoszech i być może Tour of Britain, ale o tym pomyślę po najbliższych startach. Jeśli będę mocny podczas Trittico Lombardo trzeba będzie odpocząć i skupić się na jak najlepszym przygotowaniu do MŚ, na które dostałem powołanie. Jak na razie jestem w szerokim składzie, ale jeśli będę się dobrze czuł oczywiście będę chciał pojechać. Jedno, co mnie zniechęca, to strasznie długi przelot. Trasa wbrew niektórym opiniom nie jest wcale taka prosta. Rozmawiałem z Viscontim, który wraz z reprezentacją Włoch był tam na rekonesansie. Faktycznie, początek jest płaski, ale później mamy dość ciężkie rundy. Jest miejsce, gdzie będzie chwila na oddech, ale wiadomo to MŚ których trasę można by chyba przyrównać do tej z Madrytu.

Źródło: huzarski.pl

Foto: Robert Słupik (naszosie.pl)